Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziewczyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziewczyna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 września 2018

Kto wie, czy za rogiem...

Spotkałam Anioła. W zasadzie to nie tylko jednego. Spotkałam ich więcej. Ale teraz chciałabym opowiedzieć o jednym z nich.

To było mojego pierwszego dnia w Brooklyn Park. Już wieczorem byłam przerażona faktem, że będę musiała jechać rowerem aż do Blaine. Współlokatorka, ta zaradniejsza ode mnie, wzięła mapę i narysowała trasę. Powiedziała mi dokładnie, że trzeba przejechać przez Coon Rapids Park. Zakodowałam to sobie w głowie, ale mimo wszystko poprosiłam ją o to, byśmy pojechały razem. Przecież mamy ten sam cel.

Rano starałam się być gotowa jak najszybciej. Wyszłam z domu osiem minut po przebudzeniu, ubrałam kask (wtedy jeszcze go nosiłam), wsiadłam na rower i pojechałam. Niestety, Mari-Ann jest jak Usain Bolt na rowerze. Udało mi się za nią jechać przez pierwsze trzy minuty. Góra pięć. Potem zniknęła. Jak kochanek po upojnej nocy.

Zostałam sama. Z pytaniem "I co teraz?"

Nigdy nie byłam dobra jeśli chodzi o orientację w terenie. Co dopiero w miejscu, w którym nigdy nie byłam.

Pamiętam, że na skrzyżowaniu skręciłam w lewo i znalazłam się w parku. Widziałam węższą drogę za parkingiem, ale skierowałam się w przeciwną stronę. Spotkałam mężczyznę z psem i spytałam jak dojechać do Mississippi Bridge. Powiedział, że mam zawrócić i prosto.

Tak zrobiłam. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Dojechałam do skrzyżowania i pojechałam prosto. Jechałam uroczym szlakiem pośród drzew. Naprawdę przyjemnie. I tak jechałam, jechałam, jechałam i zaczęłam podejrzewać, że coś jest nie tak. Obok mnie biegali ludzie. Amerykanie są dziwni, już do tego przywykłam.

W końcu było jasne, że się zgubiłam. Dojechałam do wielkiej tablicy informacyjnej z narysowanym całym szlakiem. Brakowało mi jedynie kropeczki z napisem "You are here." Jak w IKEA.

Stałam tak sobie jak biedna sierotka i zaczepiłam pierwszą osobę, która się nawinęła. Był nią wysoki, dobrze zbudowany, szczupły, wysportowany mężczyzna. Miał siwe włosy i opaloną, pokrytą zmarszczkami i świecącą od potu twarz. Pamiętam również jego szarą, przyległą koszulkę. Dałabym mu niecałe pięćdziesiąt lat.

Zaczepiłam go i spytałam, czy do Mississippi Bridge to tędy, wskazując przy tym stronę, z której biegł. Ten podszedł do tablicy i zaczął mi tłumaczyć gdzie powinnam jechać. Czułam się jak w liceum na lekcjach geografii.

Zadzwoniła przyjaciółka - Polka, żeby się dowiedzieć gdzie jestem. Mężczyzna z zainteresowaniem słuchał jak wypowiadam się w swoim ojczystym języku. Mogłam go bezczelnie obgadywać. Zawsze to robię, gdy rozmawiam z kimś po Polsku. W Minnesocie trzeba jednak z tym uważać.

Po tym jak biegacz wytłumaczył mi drogę, ruszył dalej. Wyprzedziłam go więc i pojechałam. Kiedy wróciłam do tego nieszczęsnego skrzyżowania, ponownie spytałam o drogę. Trenująca uciekanie, to jest bieganie, kobieta powiedziała, że most to gdzieś tam prosto. W tym czasie dogonił mnie nowy znajomy. Czułam się zażenowana faktem, że widzi jak ponownie pytam o drogę.

Zatrzymał się i powiedział, że mi pomoże, bo i tak biegnie w tamtą stronę. Zgodziłam się.

Znalazłam się w miejscu, w którym spotkałam mężczyznę z psem i co się okazało? Powinnam jechać tą niepozorną drogą za parkingiem. Bo był to parking należący do punktu widokowego na moście.
"So close!" Czułam się jak głupek. Prawie godzinę kręciłam się po parku, a do Blaine czekała mnie jeszcze długa droga.

Pamiętam ten moment, gdy przejeżdżałam przez most. Niezapomniany widok. Rzeka jest naprawdę piękna.

Potem miałam jechać Egret St. Prosto. Aż do University Ave w Blaine. Daleko, ale raczej ciężko byłoby mi się zgubić. Powiedziałam to mężczyźnie, ten jednak postanowił biec ze mną.

On biegł, ja jechałam. Wolnej, byśmy trzymali równe tempo. Kilka razy dziękowałam mu za pomoc. W końcu postanowiłam się przedstawić. Jego imienia niestety nie zarejestrowałam. Było zbyt dziwne. A jego akcent i fakt, że biegł, nie sprzyjały rozmowie.

Wiedząc, że i tak jestem już spóźniona, nie spieszyłam się. Postanowiłam choć trochę nawiązać kontakt z mężczyzną, bo miałam ogromne wyrzuty sumienia, że on wciąż ze mną biegnie. Mówiłam mu, że nie musi, ale on chciał. Powiedział, że to dobry trening. Spytałam jak daleko zazwyczaj biega. Odparł, że do granicy Brooklyn Park z Coon Rapids. A tego ranka dobiegł ze mną aż do Blaine. Szedł, kiedy prowadziłam rower pod górę i biegł, kiedy z niej zjeżdżałam. Czułam się onieśmielona jego bezinteresowną pomocą.

Czy ja bym się na to zdobyła? Zastanawiałam się nad tym. Czy ja bym pobiegła, gdyby.... A, no tak. Ja nie biegam. W tym miejscu skończyły się moje rozważania.

Mężczyzna biegł ze mną aż do University Ave, gdzie jadłam w tym czasie śniadania. Ucieszył się, że mógł pomóc i że jestem bezpieczna. Ponownie podziękowałam mu za pomoc. Dałam mu swoją wizytówkę z kontem fb, bo to jedyne co miałam. Powiedziałam, że miło byłoby mieć kontakt, a on, że niestety nie ma fb. Już wtedy powinnam się zorientować, że nie jest człowiekiem.

Pożegnaliśmy się i jeszcze przez chwilę patrzyłam jak odbiega. W prażącym słońcu i bez wody, a czekało go kilka dobrych kilometrów.

Opowiedziałam o tym zdarzeniu jednej cudownej babci, która nawiasem mówiąc sama jest Aniołem. Moja American Granny uśmiechnęła się i powiedziała, że spotkałam Anioła. Oznajmiła, że Bóg go zesłał, żeby się mną opiekował, a ona to wymodliła, bo zawsze się o mnie martwi i chce, abym była bezpieczna. Od tamtej pory, zawsze gdy Granny Sue się modliła, wspominała o biegającym Aniele, który pomógł mi dotrzeć do Blaine. Nigdy więcej go nie spotkałam, ale utknął w mej pamięci. Mój małomówny, pomocny, bezinteresowny Anioł.








wtorek, 29 maja 2018

SW Przygotowania: Sales talk, visa, bilety, practice...

Dostałam się do programu. Ale co potem? Potem zaczęły się przygotowania.
Każdy First Year, czyli osoba jadąca po raz pierwszy, dostała sales talk, czyli jak powiedział mój kolega - "gadkę sprzedawcy."
Wcześniej w wielu życiowych sytuacjach spotkałam się z osobami, które próbowały mi coś wcisnąć. Odkurzacz, garnki, nowy abonament, Internet, czy inną wiarę. Na ulicy, przez telefon, a nawet w moim własnym domu. Są to zazwyczaj nieprzyjemne doświadczenia. Niby wiadomo, że te osoby w taki sposób zarabiają na życie, ale bardzo często zachowują się sztucznie, są nachalne i wręcz niegrzeczne, mówią swoje formułki i nie dadzą nawet dojść do głosu.
Obawiałam się, że moja praca będzie polegać na tym samym. Nie chciałam tego, bo nie czułabym się wtedy fair. Nie chciałam niczego nikomu wciskać.
Wytłumaczono mi, że nie muszę. Moją pracą ma być tylko pokazanie książek. Pokazanie książek. Na tym mam się skupić. Jednak nauczenie się sales talku na pamięć było konieczne. W tym celu ćwiczyliśmy z doświadczonymi managerami, którzy zawsze chętnie dawali nam rady.
W każdą środę o 7pm w budynku jednego z wydziałów odbywały się spotkania, podczas których przygotowywaliśmy się do wyjazdu. Uczyliśmy się o Stanach, o ich systemie edukacji i o tym jak mamy sobie radzić samemu.
Każdy FY miał też indywidualne spotkania z mangerami. Nasze Personal Conversation trwały zazwyczaj godzinę. W tym czasie rozmawialiśmy o naszych celach, ambicjach, nadziejach i obawach. Za każdym razem otrzymywałam jedno pytanie: Dlaczego chcesz jechać?
I za każdym razem podczas udzielania odpowiedzi, zastanawiałam się, co jeszcze mogę powiedzieć. Czy wcześniejsze powody były niewystarczające? Słabe? Za mało motywujące? Płytkie?
Chciałam doświadczyć przygody, podróżować, stać się niezależna i pewna siebie. I wiedziałam, że mogę to osiągnąć.
Mijały tygodnie, podczas których musieliśmy dostać visę, kupić bilety, a także zdać wcześniej wszystkie egzaminy. Wyjazd zaplanowany był na 29.05. Pamiętam ile rzeczy nagle miałam na głowie. Byłam zajęta i musiałam się nauczyć planować wszystkie działania. To było dobre, bo traktowałam to jak prawdziwy trening.
Czy się stresowałam? Nie. Ja nie mogłam się doczekać wyjazdu. Ekscytacja mnie rozpierała.
Miałam szczęście, bo otaczały mnie osoby, na których wsparcie mogłam liczyć.
Pamiętam swoją wizytę w ambasadzie. Byłam przygotowana na wszystkie możliwe pytania, więc oczywiście bez problemu otrzymałam wizę.
Dopiero na początku maja dowiedziałam się, w którym stanie przyjdzie mi pracować. Padło na Minnesotę. Czy się cieszyłam? Nah. Szczerze mówiąc, miałam neutralne uczucia. Wtedy nie wiedziałam o Minnesocie praktycznie nic. Kojarzyłam ją z zimna i jezior. Od naszej Organization Leader dowiedziałam się jedynie, że jest tam najwięcej komarów w całych Stanach i dużo Europejczyków. Juhu.
Miałam nadzieję, że Minnesota mnie czymś zaskoczy.
Skoro wiedziałam już gdzie będę pracować, pozostało mi kupić bilety na samolot. Wybrałam połączenie Warszawa-Paryż-Detroit-Tennessee. W Nashville miało odbyć się kilkudniowe szkolenie w siedzibie firmy - Sales School. Stamtąd wszystkie organizacje miały się porozjeżdżać po całym kraju. Powrót zaplanowałam z Nowego Jorku, ponieważ koniecznie chciałam się tam wybrać.
Rozpoczęło się pakowanie płaszczy przeciwdeszczowych...

wtorek, 20 marca 2018

SW Rekrutacja: Spotkanie drugie

Spotkanie drugie byłoby zdecydowanie krótsze, gdybym nie była taką gadułą, a Iga nie była moją dobrą koleżanką.
Tamtego wieczoru miałyśmy porozmawiać o pieniądzach. Ile co kosztuje i ile trzeba wydać. Wiza, bilety, pozwolenie o pracę, pieniądze na start itp. Iga dodawała na kartce kolejne sumy, a mi rzedła mina.
"No to fajnie. To już chyba mogę zapomnieć o wyjeździe. Przecież nie mam takich pieniędzy. Jak rodzice usłyszą kwotę, od razu każą mi zrezygnować."
Na sam wyjazd potrzeba było około dziesięć tysięcy złotych. Iga powiedziała, że mam się nie przejmować, bo mało kto ma na starcie taką kwotę. Powiedziała też, że wiele osób pożycza mniejsze kwoty od rodziny lub bliskich przyjaciół, czasami nawet biorą kredyty, a potem spłacają wszystko po powrocie, bo jeśli ktoś ciężko pracuje, to zawsze mu się zwraca.
Często to słyszałam. Na pytanie "Czy na pewno uda mi się zarobić?" odpowiadano mi: "Jeśli ktoś ciężko pracuje, to zarobi."
Iga chcąc mnie zachęcić, opowiadała o konkursach, jakie odbywają się podczas lata i wspaniałych nagrodach. Pokazywała zdjęcia z wycieczki na Teneryfę, z której niedawno wróciła. Była to nagroda za wysoki wynik sprzedaży. Słuchałam jej, ale w głowie wciąż miałam liczby.
Dziewczyna przed wyjściem poleciała mi zadzwonienie do rodziców i porozmawianie z nimi. Tak też zrobiłam. Smętnym głosem i pełna zawodu, oznajmiłam im, że chyba nici z wyjazdu, bo najpierw trzeba zainwestować aż dziesięć tysięcy złotych, może nawet jedenaście. Spodziewałam się ich reakcji, jednak oni zupełnie mnie zaskoczyli. Od razu powiedzieli, że coś wymyślimy i pojadę. Wtedy pierwszy raz poczułam ich wsparcie i to jak we mnie wierzą. I wiedziałam też, że muszę zrobić wszystko, by ich nie zawieść.

niedziela, 4 marca 2018

SW Rekrutacja: Spotkanie pierwsze

Tak jak zapowiadałam, opiszę proces rekrutacji do programu. Mam zamiar opierać się na własnych doświadczeniach i wspomnieniach.
Na prezentację poszłam z dwójką znajomych. Usiadłam w zapełnionej sali na wydziale ekonomii i przez mniej więcej pół godziny słuchałam prezentacji, w której brali udział studenci mojego uniwersytetu, a także Estończycy. Dowiedziałam się o programie wymiany dla studentów, którzy wyjeżdżają na lato do USA, by sprzedawać książki od drzwi do drzwi. Wizja chodzenia ludziom po domach jak akwizytor z odkurzaczem nie brzmiała zachęcająco, ale przekonywano nas, że to niezwykłe doświadczenie. Duże zarobki, możliwość podróży, obcowanie z językiem, nowymi ludźmi i kulturą Stanów. To wszystko bardzo mnie zachęcało, więc za namową Igi, koleżanki, która zaprosiła mnie na prezentację, umówiłam się na pierwsze spotkanie. Miało się ono odbyć dwa dni później, w czwartek. Z Estończykiem imieniem Karel. Stresowałam się rozmową po angielsku, ale byłam też niemożliwie podekscytowana.
Spotkaliśmy się w kawiarni, a cała nasza rozmowa trwała dosłownie dziesięć minut. Karel pytał o moje doświadczenie, o moje zainteresowania, o to co moi rodzice myślą o wyjeździe.  Objaśnił, że Southwestern Advantage to firma z siedzibą w Nashiville, która działa już od ponad stu pięćdziesięciu lat i zajmuje się sprzedażą książek edukacyjnych dla dzieci i młodzieży. Dla studentów to jak program wymiany. Ci mieszkający w USA wysyłani są do innych stanów, a my, z Europy jesteśmy porozrzucani po całym kraju, a wyjazd jest już pod koniec maja.
Pamiętam, że mówiłam szybko i dużo. Opowiadałam o swojej poprzedniej letniej pracy i o swoich kompetencjach. Musiałam wypaść ok, bo Karel kazał umówić się na spotkanie drugie, które miała poprowadzić Iga, bo jako, że to ona zaprosiła mnie na prezentację, to właśnie ona byłaby moją managerką, gdybym dostała się do programu. Dostałam też numery telefonu do dwójki studentów z Polski, do których miałam zadzwonić jeszcze tego samego dnia i porozmawiać o ich doświadczeniach z programem. Wciąż pamiętam jak się denerwowałam przed wykonaniem połączenia. Rozmowa przez telefon nie należy do moich ulubionych czynności, ale miało to być wyjście ze strefy komfortu.
Jak się później przekonałam, okazji na out of comfort zone było jeszcze wiele.

piątek, 2 marca 2018

Wiosenne zmiany

Jest już marzec, a to czas intensywnej rekrutacji do Southwestern Advantage. Ja sama zostałam zrekrutowana jakoś na przełomie marca/kwietnia. Chciałabym więc podzielić się swoimi wspomnieniami, opowiedzieć o programie. W kolejnych postach opiszę każdy etap rekrutacji oraz na czym dokładnie polega ta praca, a następnie o czasie spędzonym w Stanach. Teraz jednak w dużym skrócie przedstawię swoje przemyślenia na temat wyjazdu.


 Pierwszy rok na studiach minął mi pod znakiem imprez, randek i spotkań ze znajomymi. Rozkoszowałam się wolnością i okazyjnie zaglądałam do książek.
Wraz z rozpoczęciem trzeciego semestru, postanowiłam coś zmienić. Pójść bardziej w rozwój osobisty, zrobić coś dodatkowo. Zastanawiałam się, co takiego mogłoby mnie zainteresować.
Gdy usłyszałam od bliskiej koleżanki o prezentacji na temat wyjazdu do USA, nie zastanawiałam się ani chwili, a z sali wyszłam oczarowana! I umówiona na pierwsze spotkanie. Pamiętam, że poszłam na nie bardzo zdenerwowana. Nie wiedziałam czego się spodziewać po tej rozmowie i od czego ona zależy. Dodatkowym strachem napawała mnie wizja konwersacji po angielsku. Nie używałam tego języka od matury! Lęk minął jednak szybko, a zanim się obejrzałam, miałam za sobą kolejne spotkania i oficjalnie znalazłam się w programie. Moja manager solidnie mnie przygotowywała.
Od razu zaufałam firmie. Nie miałam żadnych obaw. Wierzyłam w proces i w nauki, jakie pobierałam od osób z większym doświadczeniem. Rozmowy z nimi przekonały mnie, jak niezwykły jest ten projekt. Chodziłam na każde spotkanie, by wiedzieć jak najwięcej. Kiedy w trakcie przygotowań nachodziły mnie wątpliwości, bliscy szybko przypominali mi, dlaczego nie powinnam rezygnować. Jestem dziś bardzo wdzięczna za całe wsparcie jakie otrzymałam od przyjaciół i rodziny. Miałam to szczęście, że rodzice od początku byli bardzo podekscytowani szansą jaką daje SW i wspierali mnie na każdym kroku.
Ludzie często powtarzają mi, że jestem odważna. Słyszałam to zarówno od Polaków jak i Amerykanów. Młoda dziewczyna wyjeżdża do Stanów, by sprzedawać książki od drzwi do drzwi. Brzmi jak szaleństwo? Dla mnie brzmiało jak przygoda życia. I tym właśnie było. To najlepsze doświadczenie jakie mnie spotkało.
SW wiele zmieniło. Zmieniło mnie. Na początku myślałam, że tego nie zauważę. A już na pewno nie podczas lata. Jednak ja sama zauważyłam jak inna się stałam.
Wydaje mi się, że tę zagubioną w świecie, wiecznie bujającą w obłokach, niezorganizowaną i rozkojarzoną Anię zostawiłam w Nashville. Zamiast niej pojawiła się nowa. Pewniejsza siebie i wiedząca czego chce i jak to osiągnąć. W niesamowity sposób zmieniło się też moje postrzeganie świata. Zrozumiałam jak ważne jest to, co mówimy do siebie i to, o czym myślimy. Nauczyłam się też, by akceptować rzeczy, które się dzieją, a na które nie mamy wpływu. Nie wszystko potrafimy kontrolować. Powinniśmy się więc skupić na rzeczach, które potrafimy i robić to najlepiej jak umiemy. Dzięki temu jesteśmy szczęśliwsi.
Bycie pozytywną osobą zdecydowanie ułatwia stosunki międzyludzkie. Po pracy w Southwestern, wiem, że nie boję się życia. Nie boję się samotnych podróży, nie boję się spytać obcą osobę o drogę. Jestem samodzielna i niezależna. Wiem, że mogę osiągnąć wszystko, jeśli tylko będę chciała. Każde bariery jestem w stanie pokonać. Te największe tworzymy zazwyczaj my sami. Jest to głównie efekt naszego lenistwa lub niepewności, lęku przed zmianami. Teraz, po moim pierwszym lecie chcę z błyskiem w oku kroczyć przez życie. Chcę spełniać swoje marzenia i realizować cele. Bo wiem, że mogę. Jestem silniejsza zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Moją zmianę dostrzegają przyjaciele, a także wykładowcy! To wręcz nieprawdopodobne!
Co bardzo mi się podobało w wyjeździe, to zdecydowanie możliwość podróżowania. Zwiedzanie zawsze mnie fascynowało, a Stany od dawna były na mojej liście miejsc do zobaczenia. Byłam niezwykle podekscytowana każdym z wielu stanów, jakie udało mi się odwiedzić w to lato. Czuję, że nawet na wszelkie warunki klimatyczne jestem już uodporniona.
Oczywistą korzyścią jest także poprawa angielskiego. Obecnie nie mam oporu, by rozmawiać z kimś w tym języku, wcześniej hamował mnie wewnętrzny lęk.
Przed wakacjami zostałam bardzo dobrze przygotowana, więc spodziewałam się najgorszego. Wiedziałam co może mi się przytrafić w ciągu lata. Szczerze mogę stwierdzić, że nie żałuję ani jednego dnia w pracy. Każda chwila spędzona tam jest dla mnie cenna i niezapomniana. Codziennie uczyłam się i doświadczałam czegoś nowego. Jestem w stanie stwierdzić, że nie było czegoś, co byłoby dla mnie zbyt trudne. Dzięki SW wiem jak rozwiązywać problemy, jak znajdować rozwiązanie w każdej sytuacji.
To co bardzo cenię w tej pracy, to ludzie. Ludzie, których każdego dnia poznawałam, z którymi rozmawiałam, od których się uczyłam i z którymi dzieliłam się przeżyciami. Ale najważniejsze osoby, to moi przyjaciele, z którymi miałam przyjemność pracować. Nie sądziłam, że tak bardzo można się zżyć w przeciągu kilku tygodni, ale to możliwe. Moja organizacja stanowiła namiastkę rodziny. Byli ludźmi, w których miałam oparcie. W ich towarzystwie zawsze był śmiech i radość. Będąc tam, czułam, że jestem częścią, czułam, że jestem na właściwym miejscu. Bo oni rozumieli. I managerowie również rozumieli. Rozumieli najbardziej. Jestem wdzięczna za ich pomoc przed i w ciągu lata. Ich cenne rady i wskazówki były bardzo przydatne.
Dzięki SW narodziły się nowe więzi, przyjaźnie i miłości.
To coś więcej niż letnia praca. To coś więcej niż jakakolwiek praca. Sądzę, że każdy powinien tego spróbować. Chociaż raz. Uważam też, że to praca dla wszystkich. Nie ma tu dyskryminacji. Wierzę, że jeśli człowiek chce, potrafi osiągnąć zamierzony cel i jest w stanie podjąć się na pozór niemożliwego zadania.

Więc komu polecam wyjazd? Każdemu. Dlaczego? Bo to potrafi zmienić całe życie i jest to niepowtarzalna okazja na poznanie samego siebie. Warto.

niedziela, 7 stycznia 2018

Co to znaczy Bookgirl?

Jestem Bookgirl. Ale co to właściwie znaczy?
Założyłam blog, bo moim pierwotnym planem było pisanie o życiu i pracy w Stanach. To było naprawdę ciekawe i warte tego, by się tym podzielić. Jednak poprzedni rok był dość trudny i blog popadł w zapomnienie. Nikt na niego nie wchodził. Nawet ja.
Powoli zbieram się do tego, by pisać o Stanach, ale chcę też dzielić się tu innymi historiami.

W USA przez cztery miesiące pracowałam door to door. Sprzedawałam książki edukacyjne dla dzieci i młodzieży. Całe lato książki, książki i książki. Tysiące bookgirls i bookmens od samego rana pukało do drzwi amerykańskich rodzin. Z ciężkimi plecakami, w niebieskich koszulkach. To my. Bookpeople.

Wiecznie głodna, jeżdżąca rowerem, zdana tylko na siebie, ale uśmiechnięta. Byłam Bookgirl. Byłam z tego dumna.

Pewnej niedzieli, kiedy jechałam ze swoimi współlokatorkami na spotkanie naszej organizacji, śmiejąc się powiedziałam do jednej z dziewczyn, że całe życie czytam książki i całe życie piszę, a moim marzeniem jest wydanie kiedyś własnej powieści, a teraz jeżdżę po Stanach i sprzedaję książki dla dzieci. Gdzie popełniłam błąd?!
Mari-Ann zastanowiła się wtedy chwilę, po czym powiedziała, że książki są moim przeznaczeniem. Moim życiowym celem jest sprzedawanie książek. Najpierw sprzedaję książki Southwestern Adventage, a w przyszłości będę sprzedawać swoje.
Uśmiechnęłam się wtedy i przyznałam jej rację.

Książki są moim życiem. Zawsze coś czytam, bardzo często na telefonie. Powieści i opowiadania. Z domu nie ruszam się bez niebieskiego zeszytu na książkę, w głowie układam sceny i dialogi, przenoszę się do świata fantazji i tworzę. Wciąż coś tworzę.

Dlatego ta nazwa już ze mną zostanie.

Jestem Ann i jestem Bookgirl. I zawsze nią będę.

sobota, 6 stycznia 2018

Spotykamy się codziennie

Znasz to uczucie. I to bardzo dobrze. To się zdarza tak nagle. Nie potrafisz tego przewidzieć, ani kontrolować. Wydajesz się być tym faktem równie zaskoczona, jak kierowcy, kiedy nadchodzi zima.
To się zdarza, gdy idziesz ulicą. To się zdarza, gdy wypatrujesz go w tłumie, choć wiesz, że nie ma to najmniejszego sensu. Bo jego nie ma. Nie ma i nie będzie. Ale Ty i tak to robisz.
Chciałabyś go zobaczyć jak czeka pod budynkiem, z którego wychodzisz.
Chciałabyś go zobaczyć jak stoi na przejściu, po drugiej stronie świateł.
Chciałabyś go zobaczyć pod Twoim domem, z bukietem ulubionych kwiatów. I nawet nie jest istotne, że nigdy mu nie powiedziałaś, jakie lubisz najbardziej.
Chciałabyś, żeby nagle stanął w progu, z mokrymi od deszczu, przylepionymi do czoła włosami.
Chciałabyś, żeby był.
Wiesz, że to głupie, a i tak przeczesujesz wzrokiem tłum. Serce zaczyna bić Ci szybciej, gdy dostrzegasz w tłumie kogoś podobnego do niego. Zatrzymujesz się na chodniku, wśród przechodniów, niezdolna do ruchu. Wpatrujesz się w sylwetkę. Możesz wręcz przysiąc, że to on. Idzie w Twoją stronę. Uśmiecha się. Na Twoje policzki wstępują rumieńce, a płuca zapominają jaka jest ich rola w organizmie.
Po chwili jednak on Cię mija, a Ty zdajesz sobie sprawę, że znów się pomyliłaś. Jak mogłaś? Kolejny raz w tym tygodniu. To się wciąż dzieje. W każdym mijanym mężczyźnie widzisz jego. Jak to możliwe? Idziesz dalej, kręcąc z niedowierzaniem głową.
Wstyd Ci przed samą sobą.
Rozsądek podpowiada Ci, że zwariowałaś. W głębi duszy zdajesz sobie sprawę, że on jest daleko, że nie może być tam gdzie Ty. Ale serce każe Ci go nieprzerwanie szukać. Karmiona złudną nadzieją, ponownie wtapiasz się w pędzący w nieznane tłum. Obserwujesz jak Cię mijają, rozpaczliwie próbując wypatrzeć jego twarz. Bez skutku.
Gdyby tylko tu był...
A może lepiej, że go nie ma? Po całym dniu na zajęciach i w pracy, nie wyglądasz już jak Afrodyta. Raczej jak Hefajstos. W oklapniętych włosach jesteś w stanie znaleźć liście z trzech rodzajów drzew, a na zmarzniętym policzku widnieją ślady po rozmazanym tuszu. Nie chcesz, by widział Cię taką. To jeszcze za wcześnie.
Jednak o tym zapominasz i w wyobraźni potrafisz stworzyć idealny scenariusz waszego spotkania. Niemal słyszysz jego głos. Może to naprawdę on? Odwracasz się gwałtownie, a Twoje serce ponownie podchodzi do gardła. Czy on właśnie wykrzyczał Twoje imię?
Nie, to nie on. To tylko jakiś bardzo wyrośnięty, wesoły nastolatek. Kolejne rozczarowanie. A tym razem było już przecież tak blisko.
Wzdychasz i idziesz dalej, co rusz spoglądając na telefon, mając nadzieję, że może napisze. Gdy tak się dzieje, drżącymi palcami próbujesz wystukać wiadomość, a potem niecierpliwie liczysz sekundy, czekając na odpowiedź. Dźwięk powiadomienia byłby w stanie wybudzić Cię z zimowego snu, a rozmowa z nim to takie Twoje małe uzależnienie, z którego nie chcesz się leczyć.
W końcu jednak nadchodzi ten upragniony moment i się spotykacie. On przytula Cię z całej siły, a Ty zapominasz o świecie wokół. Twoja tęsknota zostaje wynagrodzona. Czujesz, że jego ramiona są po to, by Cię obejmować. To jest właściwe miejsce. I wszystko już będzie w porządku. Wiesz to.
Bo nieważna jest odległość, która dzieli, lecz uczucie, które łączy.
"Wreszcie się widzimy." - szepcze Ci do ucha, a Ty patrzysz na niego ze zdziwieniem
"Jak to? Przecież spotykamy się codziennie..."

Who I am?

Codziennie możemy dowiadywać się o sobie czegoś nowego. Czasem sprawdzam, jak dobrze znam samą siebie i próbuję wymienić kilka swoich cech i zachowań. I zdarza się, że mam z tym problem. Postanowiłam zrobić listę i zapisywać na niej wszystko, co przyjdzie mi do głowy.
Może wtedy dowiem się, kim jestem.

1. Jestem klasyczna, mój ulubiony kwiat to czerwona róża.
2. Ale kocham zapach majowego bzu.
3. Moje ulubione słodycze to żelki, toffifee i czekolada z orzechami.
4. Jednak wieczorami do filmów częściej sięgam po słone przekąski. Ale najlepiej jest, jak mam i słodkie i słone.
5. Jestem więc chyba zachłanna.
6. Moje ulubione słowo to "Miłość." W każdym języku.
7. Lubię zapachowe świeczki i kominki.
8. Urodziłam się 04.09.1995.
9. Obecnie mój ulubiony kolor to czerwień. Dodaje mi pewności siebie i odwagi. Podobno to kolor siły i zmysłowości. Pozostałe kolory, które lubię to róż, niebieski, zieleń i biel.
10. Lubię różowy, choć w ogóle się nim nie otaczam. Jedyne co mam różowe, to szlafrok i piżamy. Mam naprawdę dużo różowych piżam.
11. Moje ulubione liczby to: 6, 5, 8 i 25.
12. Mam minusową wadę wzroku, nie widzę z daleka, więc do czytania, pisania, oglądania tv, czy korzystania z laptopa używam okularów. Praktycznie nie noszę ich tylko na mieście i w pracy. Jednak nie myślę o sobie jak o okularnicy.
13. Nie lubię liczby 13, bo jestem przesądna.
14. Wierzę też w znaczenia imion i horoskopy.
15. Cholernie w to wierzę. Zawsze jak czytam opis jakiegoś imienia, to bardzo pasuje mi do osoby, która je nosi. Mnie samą moje imię opisuje doskonale.
16. A znak zodiaku jeszcze bardziej. Jestem typową Panną. Ostatnio postanowiłam, że mój przyszły partner musi być spod zgodnego znaku. Zdecydowanie nie może być to Baran i Skorpion. Raki są spoko. Lubię też Lwy i Bliźnięta, choć według gwiazd te dwa to nie jest materiał na perfect match. Idealnym kandydatem byłby Pan Strzelec. Jeśli zdecyduję się na znalezienie sobie chłopaka, chyba naprawdę będę szukać tylko Strzelca.
17. Gdybym miała mieć super moc, chyba wybrałabym teleportację albo kontrolę czasu. To byłoby klawe.
18. Jestem humanistką.
19. Chciałabym wziąć ślub w czerwcu.
20. Lubię zdobić paznokcie, choć ostatnio nie mam na to czasu i zapału.
21. Uwielbiam burze i deszcz.
22. Przed snem słucham muzyki lub odgłosów burzy/sztormu.
23. Wolę morze niż góry.
24. Uwielbiam mitologię grecką.
25. Moim żywiołem jest powietrze.
26. Podobno jestem spostrzegawcza.
27. Podobno umiem słuchać i daję dobre rady.
28. Jestem wrażliwa na punkcie poprawnej polszczyzny. Poprawiam każdego, kto popełni przy mnie błąd językowy. Drażnią mnie też błędy ortograficzne i interpunkcyjne.
29. Moje oczy są małe i trochę skośne. Wielu osobom przypominam Azjatkę.
30. Mam piegi, ale często o nich zapominam, bo są dość jasne i mam je tylko na nosie i policzkach. Czasami udaje mi się je zatuszować kremem. Kiedyś były moim kompleksem, teraz nie zwracam na nie uwagi.
31. Nigdy nie zapaliłam papierosa. Żadnego nawet nie miałam w ustach.
32. Nigdy też nie byłam pijana. Nie lubię pić alkoholu. Jedyne co mogę wypić to wino, ale tylko słodkie, ewentualnie półsłodkie. Do filmu, kolacji, w dobrym towarzystwie. Ale tylko tak, a nie, żeby się nim upić. Nigdy nie doprowadziłam się do stanu, w którym byłabym pijana. Kilka razy czułam, że robię się trochę weselsza i po tym już przestawałam pić. Czasem jest tak, że cały wieczór piję jeden kieliszek wina.
33. Nigdy też nie zażywałam żadnego narkotyku.
34. Jestem nudna? Nie, po prostu mam zasady i swoje przekonania, których się trzymam.
35. Mam kolorystyczne znamię w dole pleców.
36. Mam cztery koty.
37. Uwielbiam czerwone ubrania.
38. Uwielbiam teatr.
39. Jestem introwertykiem.
40. Idąc chodnikiem, nigdy nie przechodzę pod słupami.
41. Czy wspominałam, że jestem przesądna?
42. Jestem wrażliwa.
43. Moją super mocą jest jedzenie glutenu.
44. Mam małą bliznę na wewnętrznej stronie prawej dłoni.
45. Moim dziecięcym marzeniem było zostanie fotomodelką/aktorką.
46. Gdy byłam mała, myślałam, że po drugiej stronie morza jest wielki wodospad i wszystko tam spada.
47. Myślałam też, że cała planeta to Polska i jeśli chce się wyruszyć do innego kraju, to skacze się samochodem na inną planetę. W kosmosie.
48. Na szczęście już w przedszkolu poznałam prawdę, kiedy to pierwszy raz wyjechałam do Słowacji.
49. Kraje, które odwiedziłam to Słowacja, Słowenia, Czechy, Austria, Węgry, Chorwacja, Irlandia, Turcja, Francja, Holandia (w Paryżu i Amsterdamie byłam tylko na lotniskach, nie wiem, czy się liczy), USA, Litwa, Łotwa, Estonia.
50. Mój rozmiar buta to 36/37.
51. Jestem fanką horrorów.
52. Nie lubię pająków. Niektóre mnie obrzydzają, a niektóre wywołują strach.
53. Mam dużo maskotek z dzieciństwa. Z niektórymi wciąż sypiam.
54. Nie lubię fałszywych ludzi.
55. We własnym zakresie uczyłam się hiszpańskiego, japońskiego, koreańskiego i migowego.
56. Lubię przytulać osoby, które są mi bliskie.
57. Lubię masować ludziom plecy. Nie miałam nigdy żadnego kursu, czy czegokolwiek, ale wielokrotnie słyszałam od ludzi, że świetnie masuję. Staram się dotykać ich tak, jak ja bym chciała być dotykana, może dlatego tak im się to podoba, Podobno czują ode mnie dobrą, pozytywną i kojącą energię.
58. Płatki jem tylko z ciepłym mlekiem. I najpierw jest mleko, a potem płatki. I zanim zacznę je jeść, najpierw biorę suchy płatek, który znajduje się na samej górze i jem go na sucho. Zawsze. To jest mój rytuał.
59. Jestem dziwna.
60. Uwielbiam spać.
61. Moja grupa krwi to 0 Rh +
62. Wierzę w działanie kamieni i minerałów. Mam bardzo dużo kamyczków w domu. Chciałabym mieć ich więcej. Najlepiej wszystkie, które odpowiadają mojemu znaku zodiaku.
63. Mam prawo jazdy od czterech lat. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz prowadziłam auto.
64. Mam drobne, delikatne dłonie. Bardzo mi się to podoba. Lubię dbać o nie i o paznokcie.
65. Rozmiar pierścionka, który idealnie pasuje na mój serdeczny palec to 6. 7 na środkowy.
66. Podobno czasem mówię przez sen. Ale ponoć naprawdę rzadko.
67. Jestem wielką fanek różnorodnych maseczek na włosy i twarz.
68. Starannie dbam o cerę.
69. Bardzo boję się węży. Bardziej niż pająków. Uważam, że są inteligentniejsze, przez co stanowią większe zagrożenie.
70. Uwielbiam książki fantastyczne.
71. Chciałabym mieć przyjaciela geja. Przyjaźniłam się z chłopakami heteroseksualnymi, ale uważam, że jeszcze lepiej spędzałabym czas z homoseksualnym chłopakiem. I wcale nie chodzi o wspólne chodzenie na zakupy, raczej otwartość na wiele tematów.
72. Ja nie lubię chodzić na zakupy. Męczę się na nich. Jestem jak "typowy facet" na zakupach. Szukam ławeczki, żeby sobie usiąść i odpocząć.
73. Zawsze skorzystam z okazji, żeby sobie usiąść.
74. Jestem ambitna.
75. Mam w sobie żyłkę buntownika.
76. Grą mojego życia jest The Sims.
77. Jednym z moich życiowych celów jest posiadanie strony o sobie na Wikipedii.
78. Chciałabym, żeby ktoś kiedyś namalował mój portret.
79. Jestem uparta.
80. Piszę teksty piosenek.
81. Mój ukochany film to "A walk to remember." Nie potrafię jednak wybrać jednego ulubionego.
82. Zawsze piszę SMS'y. Nie lubię rozmawiać przez telefon.
83. Moje pierwsze słowo to "mama," choć w książce "Pierwszy rok naszego dziecka," gdzie rodzice sumiennie opisywali wszystko, co mnie dotyczy, jest informacja, że moje pierwsze słowo to "tata." Oczywiście tata to sobie zmyślił i wpisał.
84. Interesuję się Azją.
85. Gdybym miała być zwierzęciem, to najpewniej byłabym kotem.
86. Boję się tirów.
87. Kiedy jestem bardzo zdenerwowana, zaczynam sprzątać. To w jakiś sposób mnie relaksuje i uspokaja.
88. Bardzo lubię dawać ludziom prezenty. Naprawdę. Ale prezenty. A nie swoje rzeczy. Nie lubię oddawać swoich rzeczy. Nie jestem materialistką, ale jestem sentymentalna i przywiązuję się do nich. Wolę nic nikomu nie pożyczać, bo boję się, że ta osoba to popsuje. Niechętnie oddaję swoje rzeczy. Gdy byłam mała, bardzo przeżywałam każdą sytuację, kiedy mama decydowała się oddać część moich ubrań i zabawek młodszej kuzynce. Lubię się dzielić, ale nie oddawać swoje rzeczy.
89. Nie lubię też, jak ktoś dotyka moich rzeczy i używa ich bez pozwolenia.
90. Uwielbiam horrory z lalkami i klaunami, bo się ich boję.
91. Przy ziewaniu lecą mi łzy. Z lewego oka bardziej.
92. Kicham, gdy spojrzę na słońce lub ostre światło.
93. Na kilka dni przed moimi dziewiątymi urodzinami, potrącił mnie samochód.
94. Obrzydzają mnie ludzie, którzy nie myją rąk po skorzystaniu z toalety. To ohydne.
95. Lubię biżuterię i świecidełka. Podobno mam to po cioci.
96. Nie powinnam teraz nosić kolczyków, ale i tak to robię, tylko, że na tych dodatkowych dziurkach.
97. Bardzo lubię odkurzać.
98. Zawsze mam zimne ręce.
99. Uwielbiam oglądać dokumentalne programy przyrodnicze o zwierzętach. Często się wtedy wzruszam. Zwłaszcza na małpkach. Uwielbiam małpki.
100. Wypisałam tu sto faktów o sobie i swoim życiu. Wciąż nie wiem, kim jestem.
101. Nie lubię, gdy ludzie o kimś plotkują, a jeszcze bardziej, jak kogoś wrednie obgadują.
102. Bardzo lubię ładne zeszyty. Mam bardzo dużo ładnych zeszytów. Są pełne opowiadań, historii i różnych zapisków.
103. Uwielbiam wpatrywać się w niebo. Nocą patrzę na gwiazdy, w dzień śledzę chmury. W telefonie mam cały folder na zdjęcia nieba. Moje ulubione niebo to letnie niebo.
104. Bardzo lubię jak ktoś, zwracając się do mnie, używa zdrobniałej formy mojego imienia. To roztapia moje serce.
105. Ponoć charakterem bardzo przypominam Anię z Zielonego Wzgórza.
106. Mam odruch nabyty. Gdy podchodzę do domofonu, zaczyna chcieć mi się siku. Praktycznie zawsze. To samo dzieje się przy pracującej mikrofali albo lodówkach w supermarketach. To chore.
107. Zagrałam w teledysku.
108. Zawsze chciałam być syrenką.
109. Wcześniej pisałam, że sporadycznie piję wino. Od dłuższego czasu nie piję już żadnego alkoholu.
110. Ostatnio rozwijam się kulinarnie. Jakiś czas temu upiekłam płaski irański chleb, sernik, zrobiłam nawet masło i lemoniady, planuję też upiec ciasteczka i bułki.
111. Uwielbiam herbaty, mam ich całe mnóstwo.
112. Nie lubię się ograniczać, dlatego często nie potrafię wybrać jednej konkretnej rzeczy, która miałaby być moją ulubioną. Życie daje zbyt wiele opcji.
113.Choć mam do siebie dystans, bardzo przejmuję się opinią innych na mój temat i długo potrafię przeżywać, jeśli ktoś mnie słownie zrani.
114. Chciałabym być odważniejsza.
115. Wciąż uczę się być sobą.
116. Uwielbiam motyw biedronki.
117. Jestem fanką czarnych kotów.
118. Nie lubię sztućców z drewnianymi/plastikowymi rączkami.
119. Nie lubię siedzieć w pomieszczeniu, w którym są otwarte drzwi. Tym bardziej nie umiem w takim spać. Jak śpię, drzwi muszą być zamknięte.
120. Drażni mnie, jak w kranie jest błąd w oznaczeniu i zamiast zimnej wody leci ciepła. a zamiast ciepłej, zimna.
121. Niedawno miałam prosty zabieg na płatku lewego ucha.
122. W ostatnich miesiącach coraz więcej piekę.
123. Prowadzę coś w rodzaju dziennika/pamiętnika. Mam bardzo ładny kalendarz, w którym zapisuję ważne dla mnie rzeczy.
124. Mam wykształcenie wyższe z filologii polskiej.
125. Studiuję krytykę artystyczną.
126. Od kilku miesięcy dbam o dobre nawyki. Codziennie jem minimum jedno jabłko.
127. Codziennie czytam przed snem.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Lalka

Pamiętam jak byłam mała i dostałam na święta lalkę. Taką samą jak moja kuzynka, oczywiście. Bardzo ją lubiłam. Mam na myśli lalkę. Było to niemowlę, które robiło przez dziurkę siusiu, kiedy nakarmiło się je butelką. Lalka miała długie, brązowe włosy. To trochę dziwne, bo dzieci w tym wieku nie mają takich włosów. Ale nie robią też siku przez dziurkę...
Tak czy inaczej, bardzo lalkę lubiłam. Nie pamiętam jak ją nazwałam, ale chyba byłam dobrą mamą. Pewnego dnia stwierdziłam, że obetnę jej włosy. Nowy image i te sprawy. Ja wtedy nie wiedziałam tylko jednego. Mianowicie tego, że jak obetnie się lalce włosy, to te już nie odrosną. To chyba koszmar każdej małej dziewczynki. Nieświadoma ryzyka, coraz bardziej skracałam lalce włosy. Aż nagle nie miała ich wcale. Jej głowa była jedynie pokryta niewielkimi otworami, z których wystawały króciutkie, brązowe kępki. Wyglądała jak jakiś punk albo gorzej. Byłam załamana. Pobiegłam do mamy, a ona na mnie nakrzyczała za głupotę. Powiedziała, że zniszczyłam śliczną, nową lalkę. Wtedy zrozumiałam, że w porównaniu do mnie, jej już włosy nie odrosną. Rozpłakałam się potwornie. Byłam zła, ale nie na siebie. Na lalkę. To przecież jej wina. Rzucałam nią po pokoju za karę, że jest brzydka. Zasłużyła sobie na to. Kto by chciał mieć taką zabawkę?
Kiedy złość mi minęła i przestałam płakać, sięgnęłam po lalkę i mocno ją przytuliłam. Chyba dotarło wtedy do mnie, że zrobiłam źle. Spojrzałam na nią i nawet bez włosów wydawała mi się śliczna. Uśmiechała się, a jej plastikowe oczka odbijały światło. Nagle przestało się dla mnie liczyć, czy ma włosy, czy nie. Dalej była dokładnie tą samą lalką, którą dostałam. Włosy, czy ich brak nie miały znaczenia. Liczyło się tylko moje uczucie i przywiązanie do niej.
Babcia straciła włosy w wyniku chemii. Wtedy wciąż byłam dzieckiem i nie wszystko rozumiałam. Nie wiedziałam, dlaczego babcia, która zawsze miała loki, nagle jest łysa. Przestraszyłam się i powiedziałam to na głos. Babci musiało być przykro. Do dziś to pamiętam.
Ale oba te wydarzenia nauczyły mnie jednego. Nieważne jak wyglądamy, nie to nas określa jako osobę. Liczy się to jacy jesteśmy, a nie jaką mamy fryzurę. Moja lalka wciąż była najpiękniejsza, a babcia do końca pozostała najlepszą babcią na świecie.

czwartek, 21 grudnia 2017

Irracjonalne lęki

Irracjonalne lęki towarzyszą mi praktycznie codziennie. Każdy je ma. To te głupie myśli i natręctwa, które wywołują strach i dziwny niepokój.
Boję się, że zdarzy mi się jakiś wypadek, na przykład samochodowy, a ja będę nieogolona albo będę mieć niedopasowaną bieliznę i wszyscy to zobaczą. Przeraża mnie myśl, że ratownicy/lekarze zwrócą na to uwagę.
Albo, że umrę nieogolona i pracownicy kostnicy będą się ze mnie śmiać, a patolodzy sądowi obgadywać.
Boję się, że przez wyciek gazu albo dwutlenku węgla umrę we śnie. A nie lubię mieć w nocy otwartych okien.
Irytują mnie otwarte drzwi w pomieszczeniach. Szczególnie w nocy. W nocy drzwi od pokoju muszą być zamknięte. A te wejściowe już w ogóle. Najlepiej na wszystkie zamki. Bo boję się włamania albo napadu.
Ale zamykanie się na wszystkie spusty wzmaga mój strach przed tym, że w razie pożaru, ratownikom nie uda się mnie na czas uratować, bo tak się zabarykadowałam.
Myśl o pożarze wywołuje też lęk dlatego, bo nie wiem, czy dałabym radę wynieść wszystkie cenne dla mnie rzeczy. I przeżyć.
Boję się, że zostanę wciągnięta i zmasakrowana przez ruchome schody.
Boję się, że będąc w jakimś dużym i pełnym ludzi pomieszczeniu, na przykład parkingu podziemnym, sufit nagle zacznie się walić, a ja nie będę miała nawet możliwości ucieczki.
Boję się, że idąc ulicą, zostanę zaatakowana przez nożownika. W Toruniu już były takie przypadki.
Ale nie boję się żyć. Czy to nie irracjonalne? 

czwartek, 7 grudnia 2017

Czekoladowe dni

Podobno ludzie inteligentni nigdy się nie nudzą i zawsze znajdą sobie zajęcie.
No to ja muszę być jakaś wybitna.
Aby dostarczyć sobie rozrywki i wypełnić czymś poranki, zakupiłam kalendarz adwentowy. No, właściwie to tata mi go kupił. Mama się sprzeciwiała, mówiąc, że mam dwadzieścia dwa lata, nie jestem dzieckiem i powinnam dojrzeć.
To zabawne mamo, że jeszcze w tym samym tygodniu powiedziałaś, że nie jestem gotowa na małżeństwo lub macierzyństwo, bo jestem jeszcze dzieckiem.
Także dziękuję Ci bardzo, że dzięki Tobie mam problemy z określeniem własnej tożsamości.
Zdecyduj się kobieto, bo mnie wykańczasz.
Ale wracając. Będąc w sklepie, skorzystałam ze specjalnej umiejętności Córeczki Tatusia "Zrób słodkie oczka i namów na zakup." Tym oto sposobem kalendarz wylądował w koszyku. Warto zaznaczyć, że były dwa wzory tematyczne, a ja dla utrudnienia wybrałam ten bardziej kolorowy. Lubię wyzwania, lubię mierzyć wysoko, poćwiczę spostrzegawczość. Tak.
Od tamtego czasu, codziennie rano jem jedną czekoladkę. Ale zanim do tego dojdzie, muszę odnaleźć odpowiedni numerek. I jest to niezwykle czasochłonne. Mam wrażenie, że z każdym dniem, ten proces się wydłuża. Cyferki są małe i porozrzucane bez żadnego ładu i składu. Bawię się przednie, kiedy tak szukam odpowiedniego numeru. Nie ma oczywiście mowy o tym, bym zjadła czekoladkę spod innej cyferki. Myślę, że wtedy mogłoby dojść do zachwiania czasoprzestrzeni albo końca świata. Ta druga opcja jest nawet kusząca, ale niedługo idę do teatru i naprawdę chcę zobaczyć ten spektakl, więc wolę nie ryzykować.
Codziennie rano tracę minuty na szukaniu właściwej czekoladki. A kiedy już w brodzie Mikołaja, na choince albo na prezencie znajdę ten pożądany, otwieram kwadratowe okienko i z satysfakcją oglądam wzór na małej czekoladce. Czuję się wtedy jak królowa świata. Oczywiście spóźniłam się przez to w poniedziałek na zajęcia, ale było warto.
Jeszcze tylko siedemnaście dni.

środa, 6 grudnia 2017

SMS

Pewnego dnia, na pierwszym roku studiów, napisałam do przyjaciółki sms'a. Ona stwierdziła, że czuła się, jakby czytała post na blog i już wtedy podsunęła mi pomysł, by się tym zainteresować. Zostało mi to w głowie, a wiadomość zapisałam. Mimo zmiany telefonu, udało mi się zachować jej treść. Postanowiłam ją teraz wrzucić.

Co sprawiło, że obudziłam się po 6 i to całkowicie wyspana? Nie mam pojęcia. Nawet wstając na zajęcia, nie budzę się tak wcześnie. Zasnęłam stosunkowo późno. Bawiłam się telefonem testując systemowe aplikacje. Natrafiłam na darmowe fragmenty audiobooków. Postanowiłam przesłuchać "50 Twarzy Greya". "Może będzie jakaś fajna scena seksu" (Czasem jestem naprawdę głupia.) Wątpiłam w to, biorąc pod uwagę, że był to trwający nieco ponad godzinę pierwszy rozdział. Nie umiałam przyśpieszyć, więc słuchałam tak długo, aż zasnęłam. I kiedy obudziłam się rano, byłam pewna, że to na chwilę. Że zaraz znów zasnę, ale nie. Poczułam przemożną potrzebę napicia się. To był błąd, gdyż chwilę później zachciało mi się siusiu, ale lenistwo i pragnienie pozostania w łóżku, które było moim ciepłym schronieniem, nie pozwoliły mi się ruszyć. Sięgnęłam po telefon. Postanowiłam dokończyć to, co zaczęłam przed włączeniem audiobooka. To było dobre posunięcie, gdyż znalazłam niezwykle ciekawy fragment książki kryminalnej, który pochłonęłam jakby to była paczka Haribo. Nienasycona zaczęłam przekopywać komórkowy Internet w poszukiwaniu darmowych książek, jednak bez większego skutku. Ola nie idzie na zajęcia, a ja leżę, słucham rocka i przez zapchany nos oddycham tak głośno jakbym chrapała. Zamieniam się we własną matkę. Chyba już nie zasnę. To będzie długi dzień

środa, 29 listopada 2017

HABADZIBADŁO

Siedzimy w sali, czekając na prowadzącego. On zawsze każe nam wejść do środka, żebyśmy nie uciekły po piętnastu minutach. To te śmieszne zajęcia z długą nazwą, której nigdy nie pamiętam. Z nudów ozdabiam zeszyt jednym słowem - Habadzibadło. Koleżanka obok przysuwa się bliżej, patrzy i marszczy czoło.
- Co to jest?
- Jak to co? Najlepsza poznańska piekarnia, jaką znam. Piekarnia Zbigniewa Habadzibadło. Rok założenia 1924. Bułki, drożdżówki, pieczywo i chałki, a wszystko w cenach, że nic tylko kroić i smarować!
Czuję się jak Benedylberd. Tylko nie mam chleba, który mogłabym trzymać, więc dla efektu podnoszę zeszyt. Myślę, że też jest klawo.
- Piekarnia Zbigniewa Habadzibadło. Poznań, ulica Marka Pola 12! Druga klatka od podwórka! I czynna w weekendy!
W głowie już słyszę piosenkę, a koleżanka patrzy na mnie z politowaniem i rozbawieniem. Szalenie ciekawe połączenie.
- Już rozumiem dlaczego jesteś singielką.
Życie, jak Ty mnie rozpieszczasz! Przyznajmy, że tym razem sama się jednak prosiłam.


wtorek, 28 listopada 2017

Kluski

Chciałabym teraz serdecznie podziękować Darwinom za to, że dzięki nim potrafię znaleźć odpowiedź na każde trudne pytanie.
Nowe studia, nowa praca, nowe koleżanki, nowe okazje do pogaduszek. A jak pogaduszki, to wiadomo, że w końcu zacznie się ten temat. Temat facetów. I ja wiem, co wkrótce nastąpi. To jest trochę tak jak z jedzeniem żelek. Niby wiesz, że w końcu się skończą, ale gdy to się dzieje, to i tak jest zaskoczenie. I identycznie jest ze mną, kiedy pada to pytanie:
- Ann, a Ty dlaczego jesteś singielką?
Zapada cisza. Kilka par oczu wpatruje się we mnie z wyczekiwaniem.
A ja mówię najbardziej logiczną rzecz, jaka przychodzi mi do głowy.
- Bo jestem jak kluski.
- ..?
- Jestem dobra samotnie.


Bezludna Wyspa

Oglądałam kiedyś przecudną dramę "Angel Eyes." Główna bohaterka w pewnym momencie, chcąc uciec od rzeczywistości, problemów i swojego ukochanego, z którym jak sądziła, nie może być, wyjechała na wyspę, gdzie jako wolontariusz pomagała potrzebującym i chorym.
Przyjaciółka powiedziała mi potem, że jestem taka sama. Że gdy mam problem, z którym nie potrafię sobie poradzić, gdy w moim życiu coś się sypie, uciekam. Uciekam na bezludną wyspę. Metaforycznie oczywiście. Zamykam się w sobie i nikogo do siebie nie dopuszczam, wręcz odcinam się od ludzi. Uświadomiła mnie w tym kilka lat temu. Od tamtej pory zwracam na to uwagę.
Robię to za każdym razem, gdy rzeczywiście dzieje się coś niedobrego. Czasem moja bezludna wyspa przybiera pewną formę. Kiedyś był to pewien zespół, w który razem z przyjaciółką uciekłyśmy. Zatraciłyśmy się w muzyce i jej twórcach, wykreowałyśmy swoją własną, bezpieczną rzeczywistość. Nikt nie mógł nas tam skrzywdzić. Nieważne co się działo w naszym życiu; problemy w szkole, czy w domu. To nie miało dla nas znaczenia. Bo zawsze miałyśmy słuchawki. Słuchałyśmy muzyki, oglądałyśmy zdjęcia i gify, tworzyłyśmy historie. To było jak narkotyk.
Ale to odeszło. Bezpowrotnie. I została szara, bolesna rzeczywistość.
Kilkakrotnie uciekałam w książki i seriale. To bardzo popularne. Na pewno nie tylko ja to robię. Łóżko, laptop, herbata. Miły zestaw.
Ostatnio uciekłam w G.F. Darwin. Mimo że jestem fanką ich twórczości już od kilku lat, to od miesiąca, od czasu mojego ostatniego upadku zaczęłam odnajdywać w nich pocieszenie. Jak głupio to nie zabrzmi, ich filmy są moją terapią, moją deską ratunku, moją jedyną nadzieją. Dialogi, które znam na pamięć wywołują na mojej twarzy uśmiech, kiedy zmęczona chodzę z tacą pełną naczyń albo siedzę na dłużących się zajęciach. Pomagają mi. Trudno wyjaśnić w jaki sposób. Dla mnie nie ma to znaczenia. Ważne, że w ostatnim miesiącu ani razu nie upadłam. W zamian za to ćwiczę, pracuję, studiuję, uczę się. I tak jakoś leci. Ostatnio nawet udało mi się poznać chłopaków, co było moim celem. Więc teraz muszę znaleźć nowy. Tylko jaki?
Muszę odkryć nową wyspę.



poniedziałek, 27 listopada 2017

The last one



Myśli, których nie potrafię ubrać w słowa
Choć wciąż próbuję od nowa
Słowa, których nie potrafię wypowiedzieć
Więc muszę obok cicho siedzieć
Tak bardzo chciałabym z Tobą rozmawiać
I dawać Ci się poznawać
Chodzić razem na spacery
A czasem na rowery
Lub do kina na premiery

Gdybym tylko była odważniejsza
I Twojego spojrzenia pewniejsza
Zostanę jednak w tyle samotnie
Nikt nie upomni się tu o mnie
Pożegnaliśmy się czule
Smutno nie jest mi w ogóle
Niewypowiedziane słowa zabiorę ze sobą
Nie przejmuję się już Tobą
Może napiszę Ci je w liście
Lecz nie wręczę go osobiście

niedziela, 26 listopada 2017

Can you?

Idąc ulicą mijam zakochane pary
Moja dłoń zwisa wtedy luźno
I nie ma przy mnie nikogo, kto by ją chwycił
Za uśmiechem skrywam swą samotność
Widzę szczęście, które nie należy do nas

Kroczę całkiem całkiem sama
Może i Ty jesteś teraz taki sam sam
Gdzieś tam tam
Gdzie nie mogę Cię dotknąć

Ulepiłam sobie mężczyznę z poduszek
Nocą jego skóra wchłania moje łzy
Chciałabym, żeby pachniał Tobą

Nie mam prawa, by tęsknić
Tęsknię bezustannie

Czy możesz zabrać te uczucia?

czwartek, 26 października 2017

Cel

Muszę mieć cel. Jakikolwiek. Muszę być zajęta. To brzmi całkiem logicznie i nie ma w tym nic dziwnego. Trzeba coś robić, inaczej dostanie się do głowy.
Jestem studentką. Właściwie robię dwa kierunki, chociaż z tego pierwszego zostało mi napisanie licencjatu, drugi dopiero zaczęłam. Pracuję też dorywczo jako kelnerka w hotelu.
Staram się być zajęta. I jest dobrze, kiedy jestem. Chodzę na zajęcia, spędzam czas z koleżankami. W weekendy pracuję. Czasem na 5am, czasem na 7am. Właściwie to jestem kelnerką/sprzątaczką. Latam z tacą, odkurzam, zastawiam stoły, liczę obrusy, ścieram kurze ze stolików i barowych stołków, myję podłogi, uzupełniam cukier, nalewam soki, poleruję sztućce i składam serwetki. I jest ok. Po kilku godzinach wracam do mieszkania padnięta. Bolą mnie nogi i ręce, ale psychicznie czuję się nawet zrelaksowana. Bo jestem zajęta i nie myślę. Nie myślę o głupotach. Zamiast tego podśpiewuję pod nosem podczas odkurzania i dzień jakoś mija.
Gorzej jest, kiedy zostaję całkiem sama. Tylko ja i myśli, których nie mogę kontrolować. Paraliżuje mnie strach przed przyszłością, przed niewiadomą, przed zmianami.
Wiem, że muszę się skupić na krótkoterminowych celach, pomaga mi lista zadań do zrobienia. Czasem bez niej nie jestem w stanie ściągnąć prania z suszarki. Czuję się ostatnio tak bardzo nieporadna.

środa, 25 października 2017

Upadek

To jest trochę tak, że nie mogę oddychać. Moje serce bije szybko, ale ciężko. Czuję to. Jakby chciało mi udowodnić, że wciąż żyję. Oddychanie mnie boli. Mam wrażenie, że słoń siedzi mi na klatce piersiowej. Biorę głęboki wdech, ale on nie przynosi ulgi.
Dziś upadłam bardziej.
Tak to nazywam. Te dni. Potknięcia i upadki.
Poniedziałek był dobry. Naprawdę dobry. Pamiętam to dziwne podekscytowanie, które przez cały dzień mi towarzyszyło. Serce biło radośnie, a ja słuchałam muzyki i śpiewałam.
Wczoraj rano jeszcze nic nie zwiastowało tego, że upadnę. Pierwszy raz potknęłam się w południe. Po południu było gorzej. Leżałam w łóżku, nie czując nic. Przez cały dzień nie byłam w stanie jeść, mimo że na początku byłam głodna. Potem i głód przestałam czuć. Po prostu leżałam. Nie jadłam, nawet nie spałam. Nawet drzemka wydawała mi się wtedy zbędna. Przez kilka godzin po prostu leżałam.
Dziś od rana pada. Lubię deszcz. Lubię jak uderza w szybę. Lubię burzę.
Ale dziś upadłam bardziej, może nawet przez ten deszcz. Jestem w większym dołku. Próba zjedzenia śniadania skończyła się po kilku kęsach. Przed zajęciami musiałam się spakować do domu i posprzątać łazienkę. Popłakałam się, szorując umywalkę. To było takie komiczne. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego po twarzy poleciały mi łzy.
Nie widzę dziś sensu w malowaniu się, w staraniu. W niczym dziś nie widzę celu. Siedząc na zajęciach, mam wrażenie, że tylko moje ciało znajduje się w sali. Umysł i dusza są gdzie indziej. Gdzieś daleko. Czuję się pusto. Jak skorupa. Czasem nawet zaczynam wątpić, czy w ogóle mam w środku organy. Ale przecież muszę mieć. Przecież wciąż jestem człowiekiem.