Zostałam umówiona na spotkanie z bardzo doświadczonym sales managerem - Iskanderem. Wiedziałam o nim tylko tyle, że jest Estończykiem tatarskiego pochodzenia i jest niewiarygodnie dobry w sprzedaży. To od niego miało zależeć, czy pojadę do Stanów.
Denerwowałam się bardzo i choć spotkanie miało być na 2pm, przyjechałam prawie godzinę wcześniej, a i tak dostałam telefon od Karela, że Iskander się spóźni.
Siedząc w lokalu miałam chwilę, by się uspokoić. Wybrałam stolik przy oknie, by móc obserwować. Z podekscytowaniem i zniecierpliwieniem wypatrywałam Iskandera. Nie wiedziałam jak wygląda, czułam się zapewne tak jak czują się osoby na randce w ciemno.
W końcu wszedł i od razu wiedziałam, że to on. Niewysoki, elegancko ubrany w garnitur, wyglądał przy tym bardzo profesjonalnie.
Przywitaliśmy się i zaczęliśmy rozmawiać. Kazał mi się nie denerwować. Pytał o podobne rzeczy co Karel na pierwszym spotkaniu. O mnie, o rodzinę, o to co myślą o wyjeździe, o studia, o moje doświadczenie. Pytał czy na pewno zdaję sobie sprawę na czym polegać ma praca w USA i jak ciężka ona jest. Zapewniałam, że wiem i że jestem gotowa podjąć wyzwanie. Pamiętam, że powtarzałam, że tak bardzo chcę jechać, że zrobię wszystko, że będę ciężko pracować. Mówiłam, że może się okazać, że jestem stworzona do sprzedaży i kiedyś będę agentem nieruchomości, dlatego chcę spróbować. Mówiłam, że się nie boję, że nawet jak będzie ciężko i będę tęsknić za domem, to się nie poddam i nie wrócę wcześniej do domu, że dam radę. Uśmiechałam się i mówiłam bardzo żywiołowo i pewnie, choć niejednokrotnie miałam problem ze znalezieniem odpowiedniego słowa i na pewno mieszałam czasy. Nigdy wcześniej nie prowadziłam takiej rozmowy po angielsku.
Zapewniałam, że Iga poinformowała mnie o wszystkim i jestem zdecydowana. Iskander dostrzegł we mnie tę determinację. Zapisywał coś w zeszycie. Nie chciałam tam patrzeć, bo nie wiedziałam, czy pisze o mnie dobre rzeczy, czy złe. Nie wiedziałam nawet w jakim języku pisze.
W pewnym momencie dał mi długopis i powiedział, żebym sprzedała go komuś w lokalu za pięć złotych. Bez namysłu wstałam, wzięłam go do ręki i chciałam odejść od naszego stolika, kiedy Iskander mnie zatrzymał. Był naprawdę zdumiony moim zachowaniem. Powiedział, że to był tylko test, chciał zobaczyć jak się zachowam i był w szoku, że bez żadnych wątpliwości, czy pytań, po prostu wstałam i chciałam to zrobić. Ja też byłam w szoku. Powiedział, że zdałam, a ja na to, że w sumie to chcę spróbować i czy mogę. Iskander był zdziwiony jeszcze bardziej, ale powiedział, że jak najbardziej.
W lokalu, oprócz naszego, były zajęte tylko dwa stoliki. Podeszłam do tego, gdzie siedziała młoda para. Wyglądali na studentów, tak jak ja. Zagadałam do nich i pokrótce wyjaśniłam co właściwie robię. Było sympatycznie, oni byli bardzo mili, ale stwierdzili, że pięć złotych za długopis to za dużo jak na ich studencką kieszeń.
Podeszłam do drugiego stolika, gdzie siedziały starsze panie. Trudniejszy target, ale się nie zniechęcałam. Panie były nieco obruszone faktem, że próbuję im sprzedać długopis i szybko odmówiły. Powiedziałam więc, że w takim razie jedynie przedstawię im dokładnie produkt oraz jego zalety, bo to również część mojej pracy. Tak jak uczyła Iga. Nie poddawać się i pokazać produkt, bo może wtedy zmienią zdanie, a nawet jeśli nie, to im więcej osób zobaczy książki, tym lepiej.
Jednak do Iskandera wróciłam nieco zawiedziona. On mnie jednak obserwował i pochwalił. Nie dość, że bez mrugnięcia okiem byłam gotowa wykonać jego polecenie, to jeszcze sama zdecydowałam się spróbować i nie poddałam się do końca. Pytał jak się czułam i jakich argumentów używałam. Niedługo później spotkanie dobiegło końca. Powiedział, że musi teraz porozmawiać z Igą i za dzień lub dwa dostanę odpowiedź. Czułam, że zrobiłam na nim wrażenie, wiedziałam też, że Iga na pewno się za mną wstawi, jednak zawsze była nutka niepewności.
Do domu więc wróciłam rozchwiana.
Tego samego wieczora spotkałam się z Igą na castingu do roli teatralnej i opowiedziałam jej o rozmowie z Iskanderem. Ona także pochwaliła mnie za akcję z długopisem.
Rano po zajęciach, dostałam od Igi wiadomość, bym do niej przyjechała, bo musimy porozmawiać. Nie wiedziałam czego oczekiwać, ale mocno wierzyłam w sukces. Kiedy się spotkałyśmy, Iga była z początku tajemnicza. Spytała, jak myślę, co Iskander jej o mnie powiedział. W tamtym momencie tak bardzo chciałam już znać wynik ich decyzji, że nie mogłam jakoś się rozwinąć w odpowiedzi na to pytanie. W końcu dziewczyna powiedziała, że oficjalnie jestem w programie i jadę do USA!
Obie cieszyłyśmy się ogromnie. Iga w tamtym momencie została moim managerem, a ja First Yearsem. Podpisałyśmy nawet umowę, taką tylko dla nas dwóch, która miała mieć dla nas symboliczne znaczenie.
Cały proces rekrutacji trwał tydzień. We wtorek byłam na prezentacji, w poniedziałek na Final Interviev i dzień później oficjalnie w programie.
I mogłam oznajmić bliskim, że wyjeżdżam do Stanów! To był początek przygody!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
sobota, 7 kwietnia 2018
SW Rekrutacja: Final Interviev
Etykiety:
Ann,
Annabelle,
Bookgirl,
emocje,
praca,
program,
przemyślenia,
rekrutacja,
Southwestern Adventage,
Stany Zjednoczone,
studentka,
studia,
USA,
wspomnienia
piątek, 2 marca 2018
Wiosenne zmiany
Jest już marzec, a to czas intensywnej rekrutacji do Southwestern Advantage. Ja sama zostałam zrekrutowana jakoś na przełomie marca/kwietnia. Chciałabym więc podzielić się swoimi wspomnieniami, opowiedzieć o programie. W kolejnych postach opiszę każdy etap rekrutacji oraz na czym dokładnie polega ta praca, a następnie o czasie spędzonym w Stanach. Teraz jednak w dużym skrócie przedstawię swoje przemyślenia na temat wyjazdu.
Pierwszy rok na studiach minął mi pod znakiem imprez, randek i spotkań ze znajomymi. Rozkoszowałam się wolnością i okazyjnie zaglądałam do książek.
Wraz z rozpoczęciem trzeciego semestru, postanowiłam coś zmienić. Pójść bardziej w rozwój osobisty, zrobić coś
dodatkowo. Zastanawiałam się, co takiego mogłoby mnie
zainteresować.
Gdy usłyszałam od bliskiej koleżanki o prezentacji na temat
wyjazdu do USA, nie zastanawiałam się ani chwili, a z sali wyszłam
oczarowana! I umówiona na pierwsze spotkanie. Pamiętam, że poszłam
na nie bardzo zdenerwowana. Nie wiedziałam czego się spodziewać po
tej rozmowie i od czego ona zależy. Dodatkowym strachem napawała
mnie wizja konwersacji po angielsku. Nie używałam tego języka od
matury! Lęk minął jednak szybko, a zanim się obejrzałam, miałam
za sobą kolejne spotkania i oficjalnie znalazłam się w programie.
Moja manager solidnie mnie przygotowywała.
Od razu zaufałam firmie. Nie miałam żadnych obaw. Wierzyłam w
proces i w nauki, jakie pobierałam od osób z większym
doświadczeniem. Rozmowy z nimi przekonały mnie, jak niezwykły jest
ten projekt. Chodziłam na każde spotkanie, by wiedzieć jak
najwięcej. Kiedy w trakcie przygotowań nachodziły mnie
wątpliwości, bliscy szybko przypominali mi, dlaczego nie powinnam
rezygnować. Jestem dziś bardzo wdzięczna za całe wsparcie jakie
otrzymałam od przyjaciół i rodziny. Miałam to szczęście, że
rodzice od początku byli bardzo podekscytowani szansą jaką daje SW
i wspierali mnie na każdym kroku.
Ludzie często powtarzają mi, że jestem odważna. Słyszałam to
zarówno od Polaków jak i Amerykanów. Młoda dziewczyna wyjeżdża
do Stanów, by sprzedawać książki od drzwi do drzwi. Brzmi jak
szaleństwo? Dla mnie brzmiało jak przygoda życia. I tym właśnie
było. To najlepsze doświadczenie jakie mnie spotkało.
SW wiele zmieniło. Zmieniło mnie. Na początku myślałam, że tego
nie zauważę. A już na pewno nie podczas lata. Jednak ja sama
zauważyłam jak inna się stałam.
Wydaje mi się, że tę zagubioną w świecie, wiecznie bujającą w
obłokach, niezorganizowaną i rozkojarzoną Anię zostawiłam w
Nashville. Zamiast niej pojawiła się nowa. Pewniejsza siebie i
wiedząca czego chce i jak to osiągnąć. W niesamowity sposób
zmieniło się też moje postrzeganie świata. Zrozumiałam jak ważne
jest to, co mówimy do siebie i to, o czym myślimy. Nauczyłam się
też, by akceptować rzeczy, które się dzieją, a na które nie
mamy wpływu. Nie wszystko potrafimy kontrolować. Powinniśmy się
więc skupić na rzeczach, które potrafimy i robić to najlepiej jak
umiemy. Dzięki temu jesteśmy szczęśliwsi.
Bycie pozytywną osobą zdecydowanie ułatwia stosunki międzyludzkie.
Po pracy w Southwestern, wiem, że nie boję się życia. Nie boję
się samotnych podróży, nie boję się spytać obcą osobę o
drogę. Jestem samodzielna i niezależna. Wiem, że mogę osiągnąć
wszystko, jeśli tylko będę chciała. Każde bariery jestem w
stanie pokonać. Te największe tworzymy zazwyczaj my sami. Jest to
głównie efekt naszego lenistwa lub niepewności, lęku przed
zmianami. Teraz, po moim pierwszym lecie chcę z błyskiem w oku
kroczyć przez życie. Chcę spełniać swoje marzenia i realizować
cele. Bo wiem, że mogę. Jestem silniejsza zarówno psychicznie, jak
i fizycznie. Moją zmianę dostrzegają przyjaciele, a także
wykładowcy! To wręcz nieprawdopodobne!
Co bardzo mi się podobało w wyjeździe, to zdecydowanie możliwość
podróżowania. Zwiedzanie zawsze mnie fascynowało, a Stany od dawna
były na mojej liście miejsc do zobaczenia. Byłam niezwykle
podekscytowana każdym z wielu stanów, jakie udało mi się
odwiedzić w to lato. Czuję, że nawet na wszelkie warunki
klimatyczne jestem już uodporniona.
Oczywistą korzyścią jest także poprawa angielskiego. Obecnie nie
mam oporu, by rozmawiać z kimś w tym języku, wcześniej hamował
mnie wewnętrzny lęk.
Przed wakacjami zostałam bardzo dobrze przygotowana, więc
spodziewałam się najgorszego. Wiedziałam co może mi się
przytrafić w ciągu lata. Szczerze mogę stwierdzić, że nie żałuję
ani jednego dnia w pracy. Każda chwila spędzona tam jest dla mnie
cenna i niezapomniana. Codziennie uczyłam się i doświadczałam
czegoś nowego. Jestem w stanie stwierdzić, że nie było czegoś,
co byłoby dla mnie zbyt trudne. Dzięki SW wiem jak rozwiązywać
problemy, jak znajdować rozwiązanie w każdej sytuacji.
To co bardzo cenię w tej pracy, to ludzie. Ludzie, których każdego
dnia poznawałam, z którymi rozmawiałam, od których się uczyłam
i z którymi dzieliłam się przeżyciami. Ale najważniejsze osoby,
to moi przyjaciele, z którymi miałam przyjemność pracować. Nie
sądziłam, że tak bardzo można się zżyć w przeciągu kilku
tygodni, ale to możliwe. Moja organizacja stanowiła namiastkę
rodziny. Byli ludźmi, w których miałam oparcie. W ich towarzystwie
zawsze był śmiech i radość. Będąc tam, czułam, że jestem
częścią, czułam, że jestem na właściwym miejscu. Bo oni
rozumieli. I managerowie również rozumieli. Rozumieli najbardziej.
Jestem wdzięczna za ich pomoc przed i w ciągu lata. Ich cenne rady
i wskazówki były bardzo przydatne.
Dzięki SW narodziły się nowe więzi, przyjaźnie i miłości.
To coś więcej niż letnia praca. To coś więcej niż jakakolwiek
praca. Sądzę, że każdy powinien tego spróbować. Chociaż raz.
Uważam też, że to praca dla wszystkich. Nie ma tu dyskryminacji.
Wierzę, że jeśli człowiek chce, potrafi osiągnąć zamierzony
cel i jest w stanie podjąć się na pozór niemożliwego zadania.
Więc komu polecam wyjazd? Każdemu. Dlaczego? Bo to potrafi zmienić
całe życie i jest to niepowtarzalna okazja na poznanie samego
siebie. Warto.
Etykiety:
Ameryka,
Ann,
Annabelle,
blog,
Bookgirl,
cel,
dziewczyna,
myśli,
nastolatka,
praca,
przemyślenia,
rekrutacja,
Southwestern Adventage,
Stany Zjednoczone,
studentka,
studia,
testimonial,
USA,
wspomnienia
niedziela, 7 stycznia 2018
Co to znaczy Bookgirl?
Jestem Bookgirl. Ale co to właściwie znaczy?
Założyłam blog, bo moim pierwotnym planem było pisanie o życiu i pracy w Stanach. To było naprawdę ciekawe i warte tego, by się tym podzielić. Jednak poprzedni rok był dość trudny i blog popadł w zapomnienie. Nikt na niego nie wchodził. Nawet ja.
Powoli zbieram się do tego, by pisać o Stanach, ale chcę też dzielić się tu innymi historiami.
W USA przez cztery miesiące pracowałam door to door. Sprzedawałam książki edukacyjne dla dzieci i młodzieży. Całe lato książki, książki i książki. Tysiące bookgirls i bookmens od samego rana pukało do drzwi amerykańskich rodzin. Z ciężkimi plecakami, w niebieskich koszulkach. To my. Bookpeople.
Wiecznie głodna, jeżdżąca rowerem, zdana tylko na siebie, ale uśmiechnięta. Byłam Bookgirl. Byłam z tego dumna.
Pewnej niedzieli, kiedy jechałam ze swoimi współlokatorkami na spotkanie naszej organizacji, śmiejąc się powiedziałam do jednej z dziewczyn, że całe życie czytam książki i całe życie piszę, a moim marzeniem jest wydanie kiedyś własnej powieści, a teraz jeżdżę po Stanach i sprzedaję książki dla dzieci. Gdzie popełniłam błąd?!
Mari-Ann zastanowiła się wtedy chwilę, po czym powiedziała, że książki są moim przeznaczeniem. Moim życiowym celem jest sprzedawanie książek. Najpierw sprzedaję książki Southwestern Adventage, a w przyszłości będę sprzedawać swoje.
Uśmiechnęłam się wtedy i przyznałam jej rację.
Książki są moim życiem. Zawsze coś czytam, bardzo często na telefonie. Powieści i opowiadania. Z domu nie ruszam się bez niebieskiego zeszytu na książkę, w głowie układam sceny i dialogi, przenoszę się do świata fantazji i tworzę. Wciąż coś tworzę.
Dlatego ta nazwa już ze mną zostanie.
Jestem Ann i jestem Bookgirl. I zawsze nią będę.
Założyłam blog, bo moim pierwotnym planem było pisanie o życiu i pracy w Stanach. To było naprawdę ciekawe i warte tego, by się tym podzielić. Jednak poprzedni rok był dość trudny i blog popadł w zapomnienie. Nikt na niego nie wchodził. Nawet ja.
Powoli zbieram się do tego, by pisać o Stanach, ale chcę też dzielić się tu innymi historiami.
W USA przez cztery miesiące pracowałam door to door. Sprzedawałam książki edukacyjne dla dzieci i młodzieży. Całe lato książki, książki i książki. Tysiące bookgirls i bookmens od samego rana pukało do drzwi amerykańskich rodzin. Z ciężkimi plecakami, w niebieskich koszulkach. To my. Bookpeople.
Wiecznie głodna, jeżdżąca rowerem, zdana tylko na siebie, ale uśmiechnięta. Byłam Bookgirl. Byłam z tego dumna.
Pewnej niedzieli, kiedy jechałam ze swoimi współlokatorkami na spotkanie naszej organizacji, śmiejąc się powiedziałam do jednej z dziewczyn, że całe życie czytam książki i całe życie piszę, a moim marzeniem jest wydanie kiedyś własnej powieści, a teraz jeżdżę po Stanach i sprzedaję książki dla dzieci. Gdzie popełniłam błąd?!
Mari-Ann zastanowiła się wtedy chwilę, po czym powiedziała, że książki są moim przeznaczeniem. Moim życiowym celem jest sprzedawanie książek. Najpierw sprzedaję książki Southwestern Adventage, a w przyszłości będę sprzedawać swoje.
Uśmiechnęłam się wtedy i przyznałam jej rację.
Książki są moim życiem. Zawsze coś czytam, bardzo często na telefonie. Powieści i opowiadania. Z domu nie ruszam się bez niebieskiego zeszytu na książkę, w głowie układam sceny i dialogi, przenoszę się do świata fantazji i tworzę. Wciąż coś tworzę.
Dlatego ta nazwa już ze mną zostanie.
Jestem Ann i jestem Bookgirl. I zawsze nią będę.
Etykiety:
Ameryka,
Ann,
Annabelle,
blog,
Bookgirl,
dziewczyna,
książki,
opowiadanie,
praca,
przemyślenia,
Southwestern Adventage,
Stany Zjednoczone,
studentka,
studia,
USA,
wspomnienia,
zeszyt
sobota, 6 stycznia 2018
Who I am?
Codziennie możemy dowiadywać się o sobie czegoś nowego. Czasem sprawdzam, jak dobrze znam samą siebie i próbuję wymienić kilka swoich cech i zachowań. I zdarza się, że mam z tym problem. Postanowiłam zrobić listę i zapisywać na niej wszystko, co przyjdzie mi do głowy.
Może wtedy dowiem się, kim jestem.
1. Jestem klasyczna, mój ulubiony kwiat to czerwona róża.
2. Ale kocham zapach majowego bzu.
3. Moje ulubione słodycze to żelki, toffifee i czekolada z orzechami.
4. Jednak wieczorami do filmów częściej sięgam po słone przekąski. Ale najlepiej jest, jak mam i słodkie i słone.
5. Jestem więc chyba zachłanna.
6. Moje ulubione słowo to "Miłość." W każdym języku.
7. Lubię zapachowe świeczki i kominki.
8. Urodziłam się 04.09.1995.
9. Obecnie mój ulubiony kolor to czerwień. Dodaje mi pewności siebie i odwagi. Podobno to kolor siły i zmysłowości. Pozostałe kolory, które lubię to róż, niebieski, zieleń i biel.
10. Lubię różowy, choć w ogóle się nim nie otaczam. Jedyne co mam różowe, to szlafrok i piżamy. Mam naprawdę dużo różowych piżam.
11. Moje ulubione liczby to: 6, 5, 8 i 25.
12. Mam minusową wadę wzroku, nie widzę z daleka, więc do czytania, pisania, oglądania tv, czy korzystania z laptopa używam okularów. Praktycznie nie noszę ich tylko na mieście i w pracy. Jednak nie myślę o sobie jak o okularnicy.
13. Nie lubię liczby 13, bo jestem przesądna.
14. Wierzę też w znaczenia imion i horoskopy.
15. Cholernie w to wierzę. Zawsze jak czytam opis jakiegoś imienia, to bardzo pasuje mi do osoby, która je nosi. Mnie samą moje imię opisuje doskonale.
16. A znak zodiaku jeszcze bardziej. Jestem typową Panną. Ostatnio postanowiłam, że mój przyszły partner musi być spod zgodnego znaku. Zdecydowanie nie może być to Baran i Skorpion. Raki są spoko. Lubię też Lwy i Bliźnięta, choć według gwiazd te dwa to nie jest materiał na perfect match. Idealnym kandydatem byłby Pan Strzelec. Jeśli zdecyduję się na znalezienie sobie chłopaka, chyba naprawdę będę szukać tylko Strzelca.
17. Gdybym miała mieć super moc, chyba wybrałabym teleportację albo kontrolę czasu. To byłoby klawe.
18. Jestem humanistką.
19. Chciałabym wziąć ślub w czerwcu.
20. Lubię zdobić paznokcie, choć ostatnio nie mam na to czasu i zapału.
21. Uwielbiam burze i deszcz.
22. Przed snem słucham muzyki lub odgłosów burzy/sztormu.
23. Wolę morze niż góry.
24. Uwielbiam mitologię grecką.
25. Moim żywiołem jest powietrze.
26. Podobno jestem spostrzegawcza.
27. Podobno umiem słuchać i daję dobre rady.
28. Jestem wrażliwa na punkcie poprawnej polszczyzny. Poprawiam każdego, kto popełni przy mnie błąd językowy. Drażnią mnie też błędy ortograficzne i interpunkcyjne.
29. Moje oczy są małe i trochę skośne. Wielu osobom przypominam Azjatkę.
30. Mam piegi, ale często o nich zapominam, bo są dość jasne i mam je tylko na nosie i policzkach. Czasami udaje mi się je zatuszować kremem. Kiedyś były moim kompleksem, teraz nie zwracam na nie uwagi.
31. Nigdy nie zapaliłam papierosa. Żadnego nawet nie miałam w ustach.
32. Nigdy też nie byłam pijana. Nie lubię pić alkoholu. Jedyne co mogę wypić to wino, ale tylko słodkie, ewentualnie półsłodkie. Do filmu, kolacji, w dobrym towarzystwie. Ale tylko tak, a nie, żeby się nim upić. Nigdy nie doprowadziłam się do stanu, w którym byłabym pijana. Kilka razy czułam, że robię się trochę weselsza i po tym już przestawałam pić. Czasem jest tak, że cały wieczór piję jeden kieliszek wina.
33. Nigdy też nie zażywałam żadnego narkotyku.
34. Jestem nudna? Nie, po prostu mam zasady i swoje przekonania, których się trzymam.
35. Mam kolorystyczne znamię w dole pleców.
36. Mam cztery koty.
37. Uwielbiam czerwone ubrania.
38. Uwielbiam teatr.
39. Jestem introwertykiem.
40. Idąc chodnikiem, nigdy nie przechodzę pod słupami.
41. Czy wspominałam, że jestem przesądna?
42. Jestem wrażliwa.
43. Moją super mocą jest jedzenie glutenu.
44. Mam małą bliznę na wewnętrznej stronie prawej dłoni.
45. Moim dziecięcym marzeniem było zostanie fotomodelką/aktorką.
46. Gdy byłam mała, myślałam, że po drugiej stronie morza jest wielki wodospad i wszystko tam spada.
47. Myślałam też, że cała planeta to Polska i jeśli chce się wyruszyć do innego kraju, to skacze się samochodem na inną planetę. W kosmosie.
48. Na szczęście już w przedszkolu poznałam prawdę, kiedy to pierwszy raz wyjechałam do Słowacji.
49. Kraje, które odwiedziłam to Słowacja, Słowenia, Czechy, Austria, Węgry, Chorwacja, Irlandia, Turcja, Francja, Holandia (w Paryżu i Amsterdamie byłam tylko na lotniskach, nie wiem, czy się liczy), USA, Litwa, Łotwa, Estonia.
50. Mój rozmiar buta to 36/37.
51. Jestem fanką horrorów.
52. Nie lubię pająków. Niektóre mnie obrzydzają, a niektóre wywołują strach.
53. Mam dużo maskotek z dzieciństwa. Z niektórymi wciąż sypiam.
54. Nie lubię fałszywych ludzi.
55. We własnym zakresie uczyłam się hiszpańskiego, japońskiego, koreańskiego i migowego.
56. Lubię przytulać osoby, które są mi bliskie.
57. Lubię masować ludziom plecy. Nie miałam nigdy żadnego kursu, czy czegokolwiek, ale wielokrotnie słyszałam od ludzi, że świetnie masuję. Staram się dotykać ich tak, jak ja bym chciała być dotykana, może dlatego tak im się to podoba, Podobno czują ode mnie dobrą, pozytywną i kojącą energię.
58. Płatki jem tylko z ciepłym mlekiem. I najpierw jest mleko, a potem płatki. I zanim zacznę je jeść, najpierw biorę suchy płatek, który znajduje się na samej górze i jem go na sucho. Zawsze. To jest mój rytuał.
59. Jestem dziwna.
60. Uwielbiam spać.
61. Moja grupa krwi to 0 Rh +
62. Wierzę w działanie kamieni i minerałów. Mam bardzo dużo kamyczków w domu. Chciałabym mieć ich więcej. Najlepiej wszystkie, które odpowiadają mojemu znaku zodiaku.
63. Mam prawo jazdy od czterech lat. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz prowadziłam auto.
64. Mam drobne, delikatne dłonie. Bardzo mi się to podoba. Lubię dbać o nie i o paznokcie.
65. Rozmiar pierścionka, który idealnie pasuje na mój serdeczny palec to 6. 7 na środkowy.
66. Podobno czasem mówię przez sen. Ale ponoć naprawdę rzadko.
67. Jestem wielką fanek różnorodnych maseczek na włosy i twarz.
68. Starannie dbam o cerę.
69. Bardzo boję się węży. Bardziej niż pająków. Uważam, że są inteligentniejsze, przez co stanowią większe zagrożenie.
70. Uwielbiam książki fantastyczne.
71. Chciałabym mieć przyjaciela geja. Przyjaźniłam się z chłopakami heteroseksualnymi, ale uważam, że jeszcze lepiej spędzałabym czas z homoseksualnym chłopakiem. I wcale nie chodzi o wspólne chodzenie na zakupy, raczej otwartość na wiele tematów.
72. Ja nie lubię chodzić na zakupy. Męczę się na nich. Jestem jak "typowy facet" na zakupach. Szukam ławeczki, żeby sobie usiąść i odpocząć.
73. Zawsze skorzystam z okazji, żeby sobie usiąść.
74. Jestem ambitna.
75. Mam w sobie żyłkę buntownika.
76. Grą mojego życia jest The Sims.
77. Jednym z moich życiowych celów jest posiadanie strony o sobie na Wikipedii.
78. Chciałabym, żeby ktoś kiedyś namalował mój portret.
79. Jestem uparta.
80. Piszę teksty piosenek.
81. Mój ukochany film to "A walk to remember." Nie potrafię jednak wybrać jednego ulubionego.
82. Zawsze piszę SMS'y. Nie lubię rozmawiać przez telefon.
83. Moje pierwsze słowo to "mama," choć w książce "Pierwszy rok naszego dziecka," gdzie rodzice sumiennie opisywali wszystko, co mnie dotyczy, jest informacja, że moje pierwsze słowo to "tata." Oczywiście tata to sobie zmyślił i wpisał.
84. Interesuję się Azją.
85. Gdybym miała być zwierzęciem, to najpewniej byłabym kotem.
86. Boję się tirów.
87. Kiedy jestem bardzo zdenerwowana, zaczynam sprzątać. To w jakiś sposób mnie relaksuje i uspokaja.
88. Bardzo lubię dawać ludziom prezenty. Naprawdę. Ale prezenty. A nie swoje rzeczy. Nie lubię oddawać swoich rzeczy. Nie jestem materialistką, ale jestem sentymentalna i przywiązuję się do nich. Wolę nic nikomu nie pożyczać, bo boję się, że ta osoba to popsuje. Niechętnie oddaję swoje rzeczy. Gdy byłam mała, bardzo przeżywałam każdą sytuację, kiedy mama decydowała się oddać część moich ubrań i zabawek młodszej kuzynce. Lubię się dzielić, ale nie oddawać swoje rzeczy.
89. Nie lubię też, jak ktoś dotyka moich rzeczy i używa ich bez pozwolenia.
90. Uwielbiam horrory z lalkami i klaunami, bo się ich boję.
91. Przy ziewaniu lecą mi łzy. Z lewego oka bardziej.
92. Kicham, gdy spojrzę na słońce lub ostre światło.
93. Na kilka dni przed moimi dziewiątymi urodzinami, potrącił mnie samochód.
94. Obrzydzają mnie ludzie, którzy nie myją rąk po skorzystaniu z toalety. To ohydne.
95. Lubię biżuterię i świecidełka. Podobno mam to po cioci.
96. Nie powinnam teraz nosić kolczyków, ale i tak to robię, tylko, że na tych dodatkowych dziurkach.
97. Bardzo lubię odkurzać.
98. Zawsze mam zimne ręce.
99. Uwielbiam oglądać dokumentalne programy przyrodnicze o zwierzętach. Często się wtedy wzruszam. Zwłaszcza na małpkach. Uwielbiam małpki.
100. Wypisałam tu sto faktów o sobie i swoim życiu. Wciąż nie wiem, kim jestem.
101. Nie lubię, gdy ludzie o kimś plotkują, a jeszcze bardziej, jak kogoś wrednie obgadują.
102. Bardzo lubię ładne zeszyty. Mam bardzo dużo ładnych zeszytów. Są pełne opowiadań, historii i różnych zapisków.
103. Uwielbiam wpatrywać się w niebo. Nocą patrzę na gwiazdy, w dzień śledzę chmury. W telefonie mam cały folder na zdjęcia nieba. Moje ulubione niebo to letnie niebo.
104. Bardzo lubię jak ktoś, zwracając się do mnie, używa zdrobniałej formy mojego imienia. To roztapia moje serce.
105. Ponoć charakterem bardzo przypominam Anię z Zielonego Wzgórza.
106. Mam odruch nabyty. Gdy podchodzę do domofonu, zaczyna chcieć mi się siku. Praktycznie zawsze. To samo dzieje się przy pracującej mikrofali albo lodówkach w supermarketach. To chore.
107. Zagrałam w teledysku.
108. Zawsze chciałam być syrenką.
109. Wcześniej pisałam, że sporadycznie piję wino. Od dłuższego czasu nie piję już żadnego alkoholu.
110. Ostatnio rozwijam się kulinarnie. Jakiś czas temu upiekłam płaski irański chleb, sernik, zrobiłam nawet masło i lemoniady, planuję też upiec ciasteczka i bułki.
111. Uwielbiam herbaty, mam ich całe mnóstwo.
112. Nie lubię się ograniczać, dlatego często nie potrafię wybrać jednej konkretnej rzeczy, która miałaby być moją ulubioną. Życie daje zbyt wiele opcji.
113.Choć mam do siebie dystans, bardzo przejmuję się opinią innych na mój temat i długo potrafię przeżywać, jeśli ktoś mnie słownie zrani.
114. Chciałabym być odważniejsza.
115. Wciąż uczę się być sobą.
116. Uwielbiam motyw biedronki.
117. Jestem fanką czarnych kotów.
118. Nie lubię sztućców z drewnianymi/plastikowymi rączkami.
119. Nie lubię siedzieć w pomieszczeniu, w którym są otwarte drzwi. Tym bardziej nie umiem w takim spać. Jak śpię, drzwi muszą być zamknięte.
120. Drażni mnie, jak w kranie jest błąd w oznaczeniu i zamiast zimnej wody leci ciepła. a zamiast ciepłej, zimna.
121. Niedawno miałam prosty zabieg na płatku lewego ucha.
122. W ostatnich miesiącach coraz więcej piekę.
123. Prowadzę coś w rodzaju dziennika/pamiętnika. Mam bardzo ładny kalendarz, w którym zapisuję ważne dla mnie rzeczy.
124. Mam wykształcenie wyższe z filologii polskiej.
125. Studiuję krytykę artystyczną.
126. Od kilku miesięcy dbam o dobre nawyki. Codziennie jem minimum jedno jabłko.
127. Codziennie czytam przed snem.
Może wtedy dowiem się, kim jestem.
1. Jestem klasyczna, mój ulubiony kwiat to czerwona róża.
2. Ale kocham zapach majowego bzu.
3. Moje ulubione słodycze to żelki, toffifee i czekolada z orzechami.
4. Jednak wieczorami do filmów częściej sięgam po słone przekąski. Ale najlepiej jest, jak mam i słodkie i słone.
5. Jestem więc chyba zachłanna.
6. Moje ulubione słowo to "Miłość." W każdym języku.
7. Lubię zapachowe świeczki i kominki.
8. Urodziłam się 04.09.1995.
9. Obecnie mój ulubiony kolor to czerwień. Dodaje mi pewności siebie i odwagi. Podobno to kolor siły i zmysłowości. Pozostałe kolory, które lubię to róż, niebieski, zieleń i biel.
10. Lubię różowy, choć w ogóle się nim nie otaczam. Jedyne co mam różowe, to szlafrok i piżamy. Mam naprawdę dużo różowych piżam.
11. Moje ulubione liczby to: 6, 5, 8 i 25.
12. Mam minusową wadę wzroku, nie widzę z daleka, więc do czytania, pisania, oglądania tv, czy korzystania z laptopa używam okularów. Praktycznie nie noszę ich tylko na mieście i w pracy. Jednak nie myślę o sobie jak o okularnicy.
13. Nie lubię liczby 13, bo jestem przesądna.
14. Wierzę też w znaczenia imion i horoskopy.
15. Cholernie w to wierzę. Zawsze jak czytam opis jakiegoś imienia, to bardzo pasuje mi do osoby, która je nosi. Mnie samą moje imię opisuje doskonale.
16. A znak zodiaku jeszcze bardziej. Jestem typową Panną. Ostatnio postanowiłam, że mój przyszły partner musi być spod zgodnego znaku. Zdecydowanie nie może być to Baran i Skorpion. Raki są spoko. Lubię też Lwy i Bliźnięta, choć według gwiazd te dwa to nie jest materiał na perfect match. Idealnym kandydatem byłby Pan Strzelec. Jeśli zdecyduję się na znalezienie sobie chłopaka, chyba naprawdę będę szukać tylko Strzelca.
17. Gdybym miała mieć super moc, chyba wybrałabym teleportację albo kontrolę czasu. To byłoby klawe.
18. Jestem humanistką.
19. Chciałabym wziąć ślub w czerwcu.
20. Lubię zdobić paznokcie, choć ostatnio nie mam na to czasu i zapału.
21. Uwielbiam burze i deszcz.
22. Przed snem słucham muzyki lub odgłosów burzy/sztormu.
23. Wolę morze niż góry.
24. Uwielbiam mitologię grecką.
25. Moim żywiołem jest powietrze.
26. Podobno jestem spostrzegawcza.
27. Podobno umiem słuchać i daję dobre rady.
28. Jestem wrażliwa na punkcie poprawnej polszczyzny. Poprawiam każdego, kto popełni przy mnie błąd językowy. Drażnią mnie też błędy ortograficzne i interpunkcyjne.
29. Moje oczy są małe i trochę skośne. Wielu osobom przypominam Azjatkę.
30. Mam piegi, ale często o nich zapominam, bo są dość jasne i mam je tylko na nosie i policzkach. Czasami udaje mi się je zatuszować kremem. Kiedyś były moim kompleksem, teraz nie zwracam na nie uwagi.
31. Nigdy nie zapaliłam papierosa. Żadnego nawet nie miałam w ustach.
32. Nigdy też nie byłam pijana. Nie lubię pić alkoholu. Jedyne co mogę wypić to wino, ale tylko słodkie, ewentualnie półsłodkie. Do filmu, kolacji, w dobrym towarzystwie. Ale tylko tak, a nie, żeby się nim upić. Nigdy nie doprowadziłam się do stanu, w którym byłabym pijana. Kilka razy czułam, że robię się trochę weselsza i po tym już przestawałam pić. Czasem jest tak, że cały wieczór piję jeden kieliszek wina.
33. Nigdy też nie zażywałam żadnego narkotyku.
34. Jestem nudna? Nie, po prostu mam zasady i swoje przekonania, których się trzymam.
35. Mam kolorystyczne znamię w dole pleców.
36. Mam cztery koty.
37. Uwielbiam czerwone ubrania.
38. Uwielbiam teatr.
39. Jestem introwertykiem.
40. Idąc chodnikiem, nigdy nie przechodzę pod słupami.
41. Czy wspominałam, że jestem przesądna?
42. Jestem wrażliwa.
43. Moją super mocą jest jedzenie glutenu.
44. Mam małą bliznę na wewnętrznej stronie prawej dłoni.
45. Moim dziecięcym marzeniem było zostanie fotomodelką/aktorką.
46. Gdy byłam mała, myślałam, że po drugiej stronie morza jest wielki wodospad i wszystko tam spada.
47. Myślałam też, że cała planeta to Polska i jeśli chce się wyruszyć do innego kraju, to skacze się samochodem na inną planetę. W kosmosie.
48. Na szczęście już w przedszkolu poznałam prawdę, kiedy to pierwszy raz wyjechałam do Słowacji.
49. Kraje, które odwiedziłam to Słowacja, Słowenia, Czechy, Austria, Węgry, Chorwacja, Irlandia, Turcja, Francja, Holandia (w Paryżu i Amsterdamie byłam tylko na lotniskach, nie wiem, czy się liczy), USA, Litwa, Łotwa, Estonia.
50. Mój rozmiar buta to 36/37.
51. Jestem fanką horrorów.
52. Nie lubię pająków. Niektóre mnie obrzydzają, a niektóre wywołują strach.
53. Mam dużo maskotek z dzieciństwa. Z niektórymi wciąż sypiam.
54. Nie lubię fałszywych ludzi.
55. We własnym zakresie uczyłam się hiszpańskiego, japońskiego, koreańskiego i migowego.
56. Lubię przytulać osoby, które są mi bliskie.
57. Lubię masować ludziom plecy. Nie miałam nigdy żadnego kursu, czy czegokolwiek, ale wielokrotnie słyszałam od ludzi, że świetnie masuję. Staram się dotykać ich tak, jak ja bym chciała być dotykana, może dlatego tak im się to podoba, Podobno czują ode mnie dobrą, pozytywną i kojącą energię.
58. Płatki jem tylko z ciepłym mlekiem. I najpierw jest mleko, a potem płatki. I zanim zacznę je jeść, najpierw biorę suchy płatek, który znajduje się na samej górze i jem go na sucho. Zawsze. To jest mój rytuał.
59. Jestem dziwna.
60. Uwielbiam spać.
61. Moja grupa krwi to 0 Rh +
62. Wierzę w działanie kamieni i minerałów. Mam bardzo dużo kamyczków w domu. Chciałabym mieć ich więcej. Najlepiej wszystkie, które odpowiadają mojemu znaku zodiaku.
63. Mam prawo jazdy od czterech lat. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz prowadziłam auto.
64. Mam drobne, delikatne dłonie. Bardzo mi się to podoba. Lubię dbać o nie i o paznokcie.
65. Rozmiar pierścionka, który idealnie pasuje na mój serdeczny palec to 6. 7 na środkowy.
66. Podobno czasem mówię przez sen. Ale ponoć naprawdę rzadko.
67. Jestem wielką fanek różnorodnych maseczek na włosy i twarz.
68. Starannie dbam o cerę.
69. Bardzo boję się węży. Bardziej niż pająków. Uważam, że są inteligentniejsze, przez co stanowią większe zagrożenie.
70. Uwielbiam książki fantastyczne.
71. Chciałabym mieć przyjaciela geja. Przyjaźniłam się z chłopakami heteroseksualnymi, ale uważam, że jeszcze lepiej spędzałabym czas z homoseksualnym chłopakiem. I wcale nie chodzi o wspólne chodzenie na zakupy, raczej otwartość na wiele tematów.
72. Ja nie lubię chodzić na zakupy. Męczę się na nich. Jestem jak "typowy facet" na zakupach. Szukam ławeczki, żeby sobie usiąść i odpocząć.
73. Zawsze skorzystam z okazji, żeby sobie usiąść.
74. Jestem ambitna.
75. Mam w sobie żyłkę buntownika.
76. Grą mojego życia jest The Sims.
77. Jednym z moich życiowych celów jest posiadanie strony o sobie na Wikipedii.
78. Chciałabym, żeby ktoś kiedyś namalował mój portret.
79. Jestem uparta.
80. Piszę teksty piosenek.
81. Mój ukochany film to "A walk to remember." Nie potrafię jednak wybrać jednego ulubionego.
82. Zawsze piszę SMS'y. Nie lubię rozmawiać przez telefon.
83. Moje pierwsze słowo to "mama," choć w książce "Pierwszy rok naszego dziecka," gdzie rodzice sumiennie opisywali wszystko, co mnie dotyczy, jest informacja, że moje pierwsze słowo to "tata." Oczywiście tata to sobie zmyślił i wpisał.
84. Interesuję się Azją.
85. Gdybym miała być zwierzęciem, to najpewniej byłabym kotem.
86. Boję się tirów.
87. Kiedy jestem bardzo zdenerwowana, zaczynam sprzątać. To w jakiś sposób mnie relaksuje i uspokaja.
88. Bardzo lubię dawać ludziom prezenty. Naprawdę. Ale prezenty. A nie swoje rzeczy. Nie lubię oddawać swoich rzeczy. Nie jestem materialistką, ale jestem sentymentalna i przywiązuję się do nich. Wolę nic nikomu nie pożyczać, bo boję się, że ta osoba to popsuje. Niechętnie oddaję swoje rzeczy. Gdy byłam mała, bardzo przeżywałam każdą sytuację, kiedy mama decydowała się oddać część moich ubrań i zabawek młodszej kuzynce. Lubię się dzielić, ale nie oddawać swoje rzeczy.
89. Nie lubię też, jak ktoś dotyka moich rzeczy i używa ich bez pozwolenia.
90. Uwielbiam horrory z lalkami i klaunami, bo się ich boję.
91. Przy ziewaniu lecą mi łzy. Z lewego oka bardziej.
92. Kicham, gdy spojrzę na słońce lub ostre światło.
93. Na kilka dni przed moimi dziewiątymi urodzinami, potrącił mnie samochód.
94. Obrzydzają mnie ludzie, którzy nie myją rąk po skorzystaniu z toalety. To ohydne.
95. Lubię biżuterię i świecidełka. Podobno mam to po cioci.
96. Nie powinnam teraz nosić kolczyków, ale i tak to robię, tylko, że na tych dodatkowych dziurkach.
97. Bardzo lubię odkurzać.
98. Zawsze mam zimne ręce.
99. Uwielbiam oglądać dokumentalne programy przyrodnicze o zwierzętach. Często się wtedy wzruszam. Zwłaszcza na małpkach. Uwielbiam małpki.
100. Wypisałam tu sto faktów o sobie i swoim życiu. Wciąż nie wiem, kim jestem.
101. Nie lubię, gdy ludzie o kimś plotkują, a jeszcze bardziej, jak kogoś wrednie obgadują.
102. Bardzo lubię ładne zeszyty. Mam bardzo dużo ładnych zeszytów. Są pełne opowiadań, historii i różnych zapisków.
103. Uwielbiam wpatrywać się w niebo. Nocą patrzę na gwiazdy, w dzień śledzę chmury. W telefonie mam cały folder na zdjęcia nieba. Moje ulubione niebo to letnie niebo.
104. Bardzo lubię jak ktoś, zwracając się do mnie, używa zdrobniałej formy mojego imienia. To roztapia moje serce.
105. Ponoć charakterem bardzo przypominam Anię z Zielonego Wzgórza.
106. Mam odruch nabyty. Gdy podchodzę do domofonu, zaczyna chcieć mi się siku. Praktycznie zawsze. To samo dzieje się przy pracującej mikrofali albo lodówkach w supermarketach. To chore.
107. Zagrałam w teledysku.
108. Zawsze chciałam być syrenką.
109. Wcześniej pisałam, że sporadycznie piję wino. Od dłuższego czasu nie piję już żadnego alkoholu.
110. Ostatnio rozwijam się kulinarnie. Jakiś czas temu upiekłam płaski irański chleb, sernik, zrobiłam nawet masło i lemoniady, planuję też upiec ciasteczka i bułki.
111. Uwielbiam herbaty, mam ich całe mnóstwo.
112. Nie lubię się ograniczać, dlatego często nie potrafię wybrać jednej konkretnej rzeczy, która miałaby być moją ulubioną. Życie daje zbyt wiele opcji.
113.Choć mam do siebie dystans, bardzo przejmuję się opinią innych na mój temat i długo potrafię przeżywać, jeśli ktoś mnie słownie zrani.
114. Chciałabym być odważniejsza.
115. Wciąż uczę się być sobą.
116. Uwielbiam motyw biedronki.
117. Jestem fanką czarnych kotów.
118. Nie lubię sztućców z drewnianymi/plastikowymi rączkami.
119. Nie lubię siedzieć w pomieszczeniu, w którym są otwarte drzwi. Tym bardziej nie umiem w takim spać. Jak śpię, drzwi muszą być zamknięte.
120. Drażni mnie, jak w kranie jest błąd w oznaczeniu i zamiast zimnej wody leci ciepła. a zamiast ciepłej, zimna.
121. Niedawno miałam prosty zabieg na płatku lewego ucha.
122. W ostatnich miesiącach coraz więcej piekę.
123. Prowadzę coś w rodzaju dziennika/pamiętnika. Mam bardzo ładny kalendarz, w którym zapisuję ważne dla mnie rzeczy.
124. Mam wykształcenie wyższe z filologii polskiej.
125. Studiuję krytykę artystyczną.
126. Od kilku miesięcy dbam o dobre nawyki. Codziennie jem minimum jedno jabłko.
127. Codziennie czytam przed snem.
Etykiety:
Ann,
Annabelle,
cechy,
charakter,
ciekawostki,
dziewczyna,
fakty,
informacje,
love,
miłość,
myśli,
osobowość,
przemyślenia,
przyszłość,
życie
poniedziałek, 1 stycznia 2018
Lalka
Pamiętam jak byłam mała i dostałam na święta lalkę. Taką samą jak moja kuzynka, oczywiście. Bardzo ją lubiłam. Mam na myśli lalkę. Było to niemowlę, które robiło przez dziurkę siusiu, kiedy nakarmiło się je butelką. Lalka miała długie, brązowe włosy. To trochę dziwne, bo dzieci w tym wieku nie mają takich włosów. Ale nie robią też siku przez dziurkę...
Tak czy inaczej, bardzo lalkę lubiłam. Nie pamiętam jak ją nazwałam, ale chyba byłam dobrą mamą. Pewnego dnia stwierdziłam, że obetnę jej włosy. Nowy image i te sprawy. Ja wtedy nie wiedziałam tylko jednego. Mianowicie tego, że jak obetnie się lalce włosy, to te już nie odrosną. To chyba koszmar każdej małej dziewczynki. Nieświadoma ryzyka, coraz bardziej skracałam lalce włosy. Aż nagle nie miała ich wcale. Jej głowa była jedynie pokryta niewielkimi otworami, z których wystawały króciutkie, brązowe kępki. Wyglądała jak jakiś punk albo gorzej. Byłam załamana. Pobiegłam do mamy, a ona na mnie nakrzyczała za głupotę. Powiedziała, że zniszczyłam śliczną, nową lalkę. Wtedy zrozumiałam, że w porównaniu do mnie, jej już włosy nie odrosną. Rozpłakałam się potwornie. Byłam zła, ale nie na siebie. Na lalkę. To przecież jej wina. Rzucałam nią po pokoju za karę, że jest brzydka. Zasłużyła sobie na to. Kto by chciał mieć taką zabawkę?
Kiedy złość mi minęła i przestałam płakać, sięgnęłam po lalkę i mocno ją przytuliłam. Chyba dotarło wtedy do mnie, że zrobiłam źle. Spojrzałam na nią i nawet bez włosów wydawała mi się śliczna. Uśmiechała się, a jej plastikowe oczka odbijały światło. Nagle przestało się dla mnie liczyć, czy ma włosy, czy nie. Dalej była dokładnie tą samą lalką, którą dostałam. Włosy, czy ich brak nie miały znaczenia. Liczyło się tylko moje uczucie i przywiązanie do niej.
Babcia straciła włosy w wyniku chemii. Wtedy wciąż byłam dzieckiem i nie wszystko rozumiałam. Nie wiedziałam, dlaczego babcia, która zawsze miała loki, nagle jest łysa. Przestraszyłam się i powiedziałam to na głos. Babci musiało być przykro. Do dziś to pamiętam.
Ale oba te wydarzenia nauczyły mnie jednego. Nieważne jak wyglądamy, nie to nas określa jako osobę. Liczy się to jacy jesteśmy, a nie jaką mamy fryzurę. Moja lalka wciąż była najpiękniejsza, a babcia do końca pozostała najlepszą babcią na świecie.
czwartek, 21 grudnia 2017
Irracjonalne lęki
Irracjonalne
lęki towarzyszą mi praktycznie codziennie. Każdy je ma. To te
głupie myśli i natręctwa, które wywołują strach i dziwny
niepokój.
Boję
się, że zdarzy mi się jakiś wypadek, na przykład samochodowy, a
ja będę nieogolona albo będę mieć niedopasowaną bieliznę i
wszyscy to zobaczą. Przeraża mnie myśl, że ratownicy/lekarze
zwrócą na to uwagę.
Albo,
że umrę nieogolona i pracownicy kostnicy będą się ze mnie śmiać,
a patolodzy sądowi obgadywać.
Boję
się, że przez wyciek gazu albo dwutlenku węgla umrę we śnie. A
nie lubię mieć w nocy otwartych okien.
Irytują
mnie otwarte drzwi w pomieszczeniach. Szczególnie w nocy. W nocy
drzwi od pokoju muszą być zamknięte. A te wejściowe już w ogóle.
Najlepiej na wszystkie zamki. Bo boję się włamania albo napadu.
Ale
zamykanie się na wszystkie spusty wzmaga mój strach przed tym, że
w razie pożaru, ratownikom nie uda się mnie na czas uratować, bo
tak się zabarykadowałam.
Myśl
o pożarze wywołuje też lęk dlatego, bo nie wiem, czy dałabym
radę wynieść wszystkie cenne dla mnie rzeczy. I przeżyć.
Boję się, że zostanę wciągnięta i zmasakrowana przez ruchome schody.
Boję się, że będąc w jakimś dużym i pełnym ludzi pomieszczeniu, na przykład parkingu podziemnym, sufit nagle zacznie się walić, a ja nie będę miała nawet możliwości ucieczki.
Boję się, że idąc ulicą, zostanę zaatakowana przez nożownika. W Toruniu już były takie przypadki.
Ale nie boję się żyć. Czy to nie irracjonalne?
Boję się, że zostanę wciągnięta i zmasakrowana przez ruchome schody.
Boję się, że będąc w jakimś dużym i pełnym ludzi pomieszczeniu, na przykład parkingu podziemnym, sufit nagle zacznie się walić, a ja nie będę miała nawet możliwości ucieczki.
Boję się, że idąc ulicą, zostanę zaatakowana przez nożownika. W Toruniu już były takie przypadki.
Ale nie boję się żyć. Czy to nie irracjonalne?
czwartek, 7 grudnia 2017
Czekoladowe dni
Podobno ludzie inteligentni nigdy się nie nudzą i zawsze znajdą sobie zajęcie.
No to ja muszę być jakaś wybitna.
Aby dostarczyć sobie rozrywki i wypełnić czymś poranki, zakupiłam kalendarz adwentowy. No, właściwie to tata mi go kupił. Mama się sprzeciwiała, mówiąc, że mam dwadzieścia dwa lata, nie jestem dzieckiem i powinnam dojrzeć.
To zabawne mamo, że jeszcze w tym samym tygodniu powiedziałaś, że nie jestem gotowa na małżeństwo lub macierzyństwo, bo jestem jeszcze dzieckiem.
Także dziękuję Ci bardzo, że dzięki Tobie mam problemy z określeniem własnej tożsamości.
Zdecyduj się kobieto, bo mnie wykańczasz.
Ale wracając. Będąc w sklepie, skorzystałam ze specjalnej umiejętności Córeczki Tatusia "Zrób słodkie oczka i namów na zakup." Tym oto sposobem kalendarz wylądował w koszyku. Warto zaznaczyć, że były dwa wzory tematyczne, a ja dla utrudnienia wybrałam ten bardziej kolorowy. Lubię wyzwania, lubię mierzyć wysoko, poćwiczę spostrzegawczość. Tak.
Od tamtego czasu, codziennie rano jem jedną czekoladkę. Ale zanim do tego dojdzie, muszę odnaleźć odpowiedni numerek. I jest to niezwykle czasochłonne. Mam wrażenie, że z każdym dniem, ten proces się wydłuża. Cyferki są małe i porozrzucane bez żadnego ładu i składu. Bawię się przednie, kiedy tak szukam odpowiedniego numeru. Nie ma oczywiście mowy o tym, bym zjadła czekoladkę spod innej cyferki. Myślę, że wtedy mogłoby dojść do zachwiania czasoprzestrzeni albo końca świata. Ta druga opcja jest nawet kusząca, ale niedługo idę do teatru i naprawdę chcę zobaczyć ten spektakl, więc wolę nie ryzykować.
Codziennie rano tracę minuty na szukaniu właściwej czekoladki. A kiedy już w brodzie Mikołaja, na choince albo na prezencie znajdę ten pożądany, otwieram kwadratowe okienko i z satysfakcją oglądam wzór na małej czekoladce. Czuję się wtedy jak królowa świata. Oczywiście spóźniłam się przez to w poniedziałek na zajęcia, ale było warto.
Jeszcze tylko siedemnaście dni.
No to ja muszę być jakaś wybitna.
Aby dostarczyć sobie rozrywki i wypełnić czymś poranki, zakupiłam kalendarz adwentowy. No, właściwie to tata mi go kupił. Mama się sprzeciwiała, mówiąc, że mam dwadzieścia dwa lata, nie jestem dzieckiem i powinnam dojrzeć.
To zabawne mamo, że jeszcze w tym samym tygodniu powiedziałaś, że nie jestem gotowa na małżeństwo lub macierzyństwo, bo jestem jeszcze dzieckiem.
Także dziękuję Ci bardzo, że dzięki Tobie mam problemy z określeniem własnej tożsamości.
Zdecyduj się kobieto, bo mnie wykańczasz.
Ale wracając. Będąc w sklepie, skorzystałam ze specjalnej umiejętności Córeczki Tatusia "Zrób słodkie oczka i namów na zakup." Tym oto sposobem kalendarz wylądował w koszyku. Warto zaznaczyć, że były dwa wzory tematyczne, a ja dla utrudnienia wybrałam ten bardziej kolorowy. Lubię wyzwania, lubię mierzyć wysoko, poćwiczę spostrzegawczość. Tak.
Od tamtego czasu, codziennie rano jem jedną czekoladkę. Ale zanim do tego dojdzie, muszę odnaleźć odpowiedni numerek. I jest to niezwykle czasochłonne. Mam wrażenie, że z każdym dniem, ten proces się wydłuża. Cyferki są małe i porozrzucane bez żadnego ładu i składu. Bawię się przednie, kiedy tak szukam odpowiedniego numeru. Nie ma oczywiście mowy o tym, bym zjadła czekoladkę spod innej cyferki. Myślę, że wtedy mogłoby dojść do zachwiania czasoprzestrzeni albo końca świata. Ta druga opcja jest nawet kusząca, ale niedługo idę do teatru i naprawdę chcę zobaczyć ten spektakl, więc wolę nie ryzykować.
Codziennie rano tracę minuty na szukaniu właściwej czekoladki. A kiedy już w brodzie Mikołaja, na choince albo na prezencie znajdę ten pożądany, otwieram kwadratowe okienko i z satysfakcją oglądam wzór na małej czekoladce. Czuję się wtedy jak królowa świata. Oczywiście spóźniłam się przez to w poniedziałek na zajęcia, ale było warto.
Jeszcze tylko siedemnaście dni.
Etykiety:
adwent,
adwentowy,
Ann,
Annabelle,
Boże Narodzenie,
cel,
czekolada,
czekoladki,
czekoladowe dni,
dziewczyna,
kalendarz,
mikołajki,
myśli,
przemyślenia,
rodzina,
studentka,
studia,
święta,
zajęcia,
życie
środa, 6 grudnia 2017
SMS
Pewnego dnia, na pierwszym roku studiów, napisałam do przyjaciółki sms'a. Ona stwierdziła, że czuła się, jakby czytała post na blog i już wtedy podsunęła mi pomysł, by się tym zainteresować. Zostało mi to w głowie, a wiadomość zapisałam. Mimo zmiany telefonu, udało mi się zachować jej treść. Postanowiłam ją teraz wrzucić.
Co sprawiło, że obudziłam się po 6 i to całkowicie wyspana? Nie mam pojęcia. Nawet wstając na zajęcia, nie budzę się tak wcześnie. Zasnęłam stosunkowo późno. Bawiłam się telefonem testując systemowe aplikacje. Natrafiłam na darmowe fragmenty audiobooków. Postanowiłam przesłuchać "50 Twarzy Greya". "Może będzie jakaś fajna scena seksu" (Czasem jestem naprawdę głupia.) Wątpiłam w to, biorąc pod uwagę, że był to trwający nieco ponad godzinę pierwszy rozdział. Nie umiałam przyśpieszyć, więc słuchałam tak długo, aż zasnęłam. I kiedy obudziłam się rano, byłam pewna, że to na chwilę. Że zaraz znów zasnę, ale nie. Poczułam przemożną potrzebę napicia się. To był błąd, gdyż chwilę później zachciało mi się siusiu, ale lenistwo i pragnienie pozostania w łóżku, które było moim ciepłym schronieniem, nie pozwoliły mi się ruszyć. Sięgnęłam po telefon. Postanowiłam dokończyć to, co zaczęłam przed włączeniem audiobooka. To było dobre posunięcie, gdyż znalazłam niezwykle ciekawy fragment książki kryminalnej, który pochłonęłam jakby to była paczka Haribo. Nienasycona zaczęłam przekopywać komórkowy Internet w poszukiwaniu darmowych książek, jednak bez większego skutku. Ola nie idzie na zajęcia, a ja leżę, słucham rocka i przez zapchany nos oddycham tak głośno jakbym chrapała. Zamieniam się we własną matkę. Chyba już nie zasnę. To będzie długi dzień
Co sprawiło, że obudziłam się po 6 i to całkowicie wyspana? Nie mam pojęcia. Nawet wstając na zajęcia, nie budzę się tak wcześnie. Zasnęłam stosunkowo późno. Bawiłam się telefonem testując systemowe aplikacje. Natrafiłam na darmowe fragmenty audiobooków. Postanowiłam przesłuchać "50 Twarzy Greya". "Może będzie jakaś fajna scena seksu" (Czasem jestem naprawdę głupia.) Wątpiłam w to, biorąc pod uwagę, że był to trwający nieco ponad godzinę pierwszy rozdział. Nie umiałam przyśpieszyć, więc słuchałam tak długo, aż zasnęłam. I kiedy obudziłam się rano, byłam pewna, że to na chwilę. Że zaraz znów zasnę, ale nie. Poczułam przemożną potrzebę napicia się. To był błąd, gdyż chwilę później zachciało mi się siusiu, ale lenistwo i pragnienie pozostania w łóżku, które było moim ciepłym schronieniem, nie pozwoliły mi się ruszyć. Sięgnęłam po telefon. Postanowiłam dokończyć to, co zaczęłam przed włączeniem audiobooka. To było dobre posunięcie, gdyż znalazłam niezwykle ciekawy fragment książki kryminalnej, który pochłonęłam jakby to była paczka Haribo. Nienasycona zaczęłam przekopywać komórkowy Internet w poszukiwaniu darmowych książek, jednak bez większego skutku. Ola nie idzie na zajęcia, a ja leżę, słucham rocka i przez zapchany nos oddycham tak głośno jakbym chrapała. Zamieniam się we własną matkę. Chyba już nie zasnę. To będzie długi dzień
poniedziałek, 4 grudnia 2017
Tonący orek się chwyta, czyli co daje mi G.F. Darwin
Mżawka.
Śpieszący się ludzie. Sygnalizacja świetlna. Dźwięki miasta. I
ja. Idę szybko. Zawsze chodzę szybko. Chodzenie wolno mnie męczy.
Ale teraz idę naprawdę szybko, bo jest zimno. Najbardziej w ręce,
bo ja przecież nigdy nie mam rękawiczek.
Spoglądam
na prawą dłoń. Ściskam w niej płytę i dwie kartki. Nawet nie
wiem po co. Chyba po prostu chcę mieć pewność, że są. Że są
namacalne. Tak jak namacalna jest moja zazdrość o mini serniczki.
Chciałabym,
żeby była to płyta z kolędami Budki Suflera. Nawet Zenek
Martyniuk wydaje się teraz w porządku. Ale to tylko wyniki mojego
prześwietlenia płuc. Powinnam odebrać je już dwa tygodnie temu,
ale przecież wyjechałam z miasta, a potem po powrocie z Gdyni byłam
chora.
Prawa
dłoń mnie szczypie. Nie wiem, czy to od zimna, czy to może ta
płyta tak mnie pali. Patrzę przelotnie na wyniki krwi.
„Wszystko
obniżone!” – słyszę głos cioci, pielęgniarki
„Bo
chuda jesteś i nic nie żresz!” – słyszę głos wściekłej
mamy
Jak ona
może w ogóle tak mówić? Jestem szczerze oburzona! Powinna użyć
stwierdzenia „(...) nic nie jesz.” Dlaczego ona posługuje się
tak potocznym słownictwem? Ja bym tak nie mogła.
Znów
spoglądam na wyniki i próbuję sobie przypomnieć treść
orzeczenia medycznego, w którym tak skupiono się na moim lewym
płucu.
„A
prącie. Najwyżej umrę.”
Wpadam
na pomysł, by wziąć udział w programie „W czym do trumny?” To
moja, lepsza wersja programu „W czym do ślubu?”
„Bilet
do Piekła 2.0 już mam w portfelu, także jestem ustawiona.”
Nagle
przypominam sobie, że wcale nie mam go w portfelu. Jest w moim
zeszycie na książkę.
„Zeszyt
na książkę.”
Nie mam
pewności, czy uda mi się ją kiedykolwiek skończyć, ale tak, jest
to zeszyt na książkę. Taki ładny, niebieski. Dostałam go we
wrześniu na dwudzieste drugie urodziny.
Jestem
już na przystanku. Mój autobus chyba właśnie odjechał, ale to
nic. Mam czas. Poza tym, nic nie dzieje się bez przyczyny.
Siadam
na ławce. Zawsze korzystam z okazji, żeby sobie usiąść. Teraz
szczególnie, bo w muzeum dość się nastałam.
Na
przystanku nie ma zbyt wielu ludzi, bo większość właśnie
odjechała. Została jedna kobieta. Prawdopodobnie ma ponad
pięćdziesiąt lat. Nazywam ją Teresa. Teresa stoi. Mam nadzieję,
że nie będzie jechała tym samym autobusem, bo jakby nie było,
jest dla mnie konkurencją w walce o miejsce siedzące.
Jest
cicho i spokojnie. Nic się nie dzieje. Prawie jak w tej piosence,
którą śpiewaliśmy w teatrze.
Lewą
dłoń trzymam w kieszeni płaszcza. Prawa wciąż ściska wyniki.
Już jej nie czuję. Mam wrażenie, że zaraz odpadnie mi nadgarstek.
Jestem praworęczna, więc świetnie się składa. Już nie mogę się
doczekać, aż będę opowiadać niezręczne żarty. A w pracy będę
mówić, że wcześniej na tej ręce trzymałam tacę i doprowadziłam
się do takiego stanu, że musieli mi ją amputować.
„Byłaś
Attitude Princess. Co się z Tobą stało?”
Nie
potrafię konkretnie odpowiedzieć na to pytanie. Wiem tylko, że
Attitude Princess zmarła zeszłej zimy.
„Iskander
powiedział kiedyś, że nie zna tak pozytywnej osoby jak ja i czasem
w pracy przypominał sobie nasze rozmowy albo motywujące e-maile,
które mu pisałam. Mówił też, że jestem zabawna. Tak, to było
wtedy jak Elisabeth wspominała jak odgrywałam Samarę Morgan i że
to było takie realistyczne i upiorne.”
Samara
Morgan. Bardzo lubię ją odgrywać. Świetnie wychodzi mi też
granie reakcji czarnoskórej matki szóstki dzieci, która po
odjeździe autobusu widzi swój nowy dom. To rola życia.
Zaczynam
przebierać nogami. Może byłoby mi teraz łatwiej, gdybym słuchała
muzyki. Muzyka jest lekiem na wszystko. Ale nie mam siły, żeby
wyciągnąć słuchawki. Więc tylko zamykam oczy. Po chwili je
jednak otwieram. Nie mogę przegapić autobusu. Muszę być czujna.
„ANN,
GET YOUR SHIT TOGETHER.”
Biorę
wdech tak głęboki, jak tylko mogę.
„Wymień
trzy pozytywne rzeczy w tej sytuacji.”
To jest
wykonalne. Zawsze. Naprawdę. I ja to wiem. Więc próbuję.
„Siedzę,
wygodnie mi. Jest zimno, a mi się nie chce siku. To dobrze. Bo
zazwyczaj chce. Marznę i czekam na autobus. Oto lekcja
cierpliwości.”
Po moim
policzku spływa łza. Nie ocieram jej.
Boję
się tej zimy.
I nagle
to się dzieje. Ta melodia, której nie można pomylić z żadną
inną. Na początku myślę, że jakimś cudem włączyła mi się
lista odtwarzania. Nawet w popłochu, drążącą dłonią wyciągam
telefon. Ale to nie to.
To
Teresa. Patrzę jak nieco zdenerwowana przetrzepuje swoją torebkę.
Wyciąga komórkę. Zębami ściąga z dłoni skórzaną, fioletową
rękawiczkę. Odbiera, nim zaczyna się moja ulubiona zwrotka o
pandach.
Jeśli
jest coś, czego zazdroszczę androidom, to możliwość ustawiania
piosenek na dzwonki. Chociaż ja i tak mam zawsze wyciszony.
Śmieję
się i płaczę równocześnie. Jest to typowy śmiech przez łzy. To
takie głupie, ale nie mogę się uspokoić. Teresa chyba to widzi,
ale nie reaguje, tylko informuje rozmówcę, że Jasia kupiła
makowiec, ale jest jakiś suchy, więc chyba przyniesie tylko
jabłecznik, ale jeszcze nie wie.
Jest mi
nagle tak dobrze. Czuję rozbawienie całą tą sytuacją i swoim
głupim zamartwianiem. Wszystko wydaje mi się takie komiczne. Ja się
stresuję, a tu nagle lecą Orki z Majorki. Jakby chciały mnie
pocieszyć. Wszystkiego się mogłam spodziewać, ale nie tego.
Przydarzył mi się taki nagły zwrot akcji. Wierzę, że to nie
przypadek, że los chciał mi pokazać, że nie mam powodu, by się
łamać. Odczuwam jakieś irracjonalne wsparcie i nie potrafię
wyjaśnić skąd się ono bierze. Myślę sobie, że Darwini są
wszędzie i chyba nie pozbędę się ich z mojego życia, bo nawet
teraz poprawiają mi humor.
Teresa
kończy rozmawiać i odwraca się w moją stronę. Zmieszana i
zawstydzona, w końcu ocieram twarz i szczerze mówię, że bardzo
lubię jej dzwonek i mam duży sentyment do tej piosenki. Teresa
chowa telefon i wyznaje, że chciała też ustawić „Kluski,” ale
one za długo się rozkręcają, a ona nie umie przycinać piosenek z
you tuba.
Ja też
nie umiem.
Podjeżdża
mój autobus.
Wszystko
będzie dobrze.
#radosneżyciedarwinisty
#darwinipomagajążyć #chciałamsiętympodzielić #coolstory
#kierowcaautobusunieklaskał #pozdrawiamTeresę #coztymmakowcem
#wprzyszłymtygodniukończymisięmiesięczny #Ann #darwiniwszędzie
#niezastąpienipoprawiaczehumoru #DZIĘKUJĘ
Etykiety:
Ann,
Annabelle,
deszcz,
emocje,
gf darwin,
grupa filmowa darwin,
kluski,
myśli,
piosenka,
płacz,
przemyślenia,
radosne życie darwinisty,
samotne kluski,
uczucia,
you tube,
yt,
życie uczy jak darwinić
wtorek, 28 listopada 2017
Bezludna Wyspa
Oglądałam kiedyś przecudną dramę "Angel Eyes." Główna bohaterka w pewnym momencie, chcąc uciec od rzeczywistości, problemów i swojego ukochanego, z którym jak sądziła, nie może być, wyjechała na wyspę, gdzie jako wolontariusz pomagała potrzebującym i chorym.
Przyjaciółka powiedziała mi potem, że jestem taka sama. Że gdy mam problem, z którym nie potrafię sobie poradzić, gdy w moim życiu coś się sypie, uciekam. Uciekam na bezludną wyspę. Metaforycznie oczywiście. Zamykam się w sobie i nikogo do siebie nie dopuszczam, wręcz odcinam się od ludzi. Uświadomiła mnie w tym kilka lat temu. Od tamtej pory zwracam na to uwagę.
Robię to za każdym razem, gdy rzeczywiście dzieje się coś niedobrego. Czasem moja bezludna wyspa przybiera pewną formę. Kiedyś był to pewien zespół, w który razem z przyjaciółką uciekłyśmy. Zatraciłyśmy się w muzyce i jej twórcach, wykreowałyśmy swoją własną, bezpieczną rzeczywistość. Nikt nie mógł nas tam skrzywdzić. Nieważne co się działo w naszym życiu; problemy w szkole, czy w domu. To nie miało dla nas znaczenia. Bo zawsze miałyśmy słuchawki. Słuchałyśmy muzyki, oglądałyśmy zdjęcia i gify, tworzyłyśmy historie. To było jak narkotyk.
Ale to odeszło. Bezpowrotnie. I została szara, bolesna rzeczywistość.
Kilkakrotnie uciekałam w książki i seriale. To bardzo popularne. Na pewno nie tylko ja to robię. Łóżko, laptop, herbata. Miły zestaw.
Ostatnio uciekłam w G.F. Darwin. Mimo że jestem fanką ich twórczości już od kilku lat, to od miesiąca, od czasu mojego ostatniego upadku zaczęłam odnajdywać w nich pocieszenie. Jak głupio to nie zabrzmi, ich filmy są moją terapią, moją deską ratunku, moją jedyną nadzieją. Dialogi, które znam na pamięć wywołują na mojej twarzy uśmiech, kiedy zmęczona chodzę z tacą pełną naczyń albo siedzę na dłużących się zajęciach. Pomagają mi. Trudno wyjaśnić w jaki sposób. Dla mnie nie ma to znaczenia. Ważne, że w ostatnim miesiącu ani razu nie upadłam. W zamian za to ćwiczę, pracuję, studiuję, uczę się. I tak jakoś leci. Ostatnio nawet udało mi się poznać chłopaków, co było moim celem. Więc teraz muszę znaleźć nowy. Tylko jaki?
Muszę odkryć nową wyspę.
Przyjaciółka powiedziała mi potem, że jestem taka sama. Że gdy mam problem, z którym nie potrafię sobie poradzić, gdy w moim życiu coś się sypie, uciekam. Uciekam na bezludną wyspę. Metaforycznie oczywiście. Zamykam się w sobie i nikogo do siebie nie dopuszczam, wręcz odcinam się od ludzi. Uświadomiła mnie w tym kilka lat temu. Od tamtej pory zwracam na to uwagę.
Robię to za każdym razem, gdy rzeczywiście dzieje się coś niedobrego. Czasem moja bezludna wyspa przybiera pewną formę. Kiedyś był to pewien zespół, w który razem z przyjaciółką uciekłyśmy. Zatraciłyśmy się w muzyce i jej twórcach, wykreowałyśmy swoją własną, bezpieczną rzeczywistość. Nikt nie mógł nas tam skrzywdzić. Nieważne co się działo w naszym życiu; problemy w szkole, czy w domu. To nie miało dla nas znaczenia. Bo zawsze miałyśmy słuchawki. Słuchałyśmy muzyki, oglądałyśmy zdjęcia i gify, tworzyłyśmy historie. To było jak narkotyk.
Ale to odeszło. Bezpowrotnie. I została szara, bolesna rzeczywistość.
Kilkakrotnie uciekałam w książki i seriale. To bardzo popularne. Na pewno nie tylko ja to robię. Łóżko, laptop, herbata. Miły zestaw.
Ostatnio uciekłam w G.F. Darwin. Mimo że jestem fanką ich twórczości już od kilku lat, to od miesiąca, od czasu mojego ostatniego upadku zaczęłam odnajdywać w nich pocieszenie. Jak głupio to nie zabrzmi, ich filmy są moją terapią, moją deską ratunku, moją jedyną nadzieją. Dialogi, które znam na pamięć wywołują na mojej twarzy uśmiech, kiedy zmęczona chodzę z tacą pełną naczyń albo siedzę na dłużących się zajęciach. Pomagają mi. Trudno wyjaśnić w jaki sposób. Dla mnie nie ma to znaczenia. Ważne, że w ostatnim miesiącu ani razu nie upadłam. W zamian za to ćwiczę, pracuję, studiuję, uczę się. I tak jakoś leci. Ostatnio nawet udało mi się poznać chłopaków, co było moim celem. Więc teraz muszę znaleźć nowy. Tylko jaki?
Muszę odkryć nową wyspę.
Etykiety:
Ann,
Annabelle,
bezludna wyspa,
cel,
dziewczyna,
gf darwin,
grupa filmowa darwin,
mickiewicz,
przemyślenia,
słowacki,
ucieczka,
upadek,
wyspa,
you tube,
yt,
życie
środa, 25 października 2017
Upadek
To jest trochę tak, że nie mogę oddychać. Moje serce bije szybko, ale ciężko. Czuję to. Jakby chciało mi udowodnić, że wciąż żyję. Oddychanie mnie boli. Mam wrażenie, że słoń siedzi mi na klatce piersiowej. Biorę głęboki wdech, ale on nie przynosi ulgi.
Dziś upadłam bardziej.
Tak to nazywam. Te dni. Potknięcia i upadki.
Poniedziałek był dobry. Naprawdę dobry. Pamiętam to dziwne podekscytowanie, które przez cały dzień mi towarzyszyło. Serce biło radośnie, a ja słuchałam muzyki i śpiewałam.
Wczoraj rano jeszcze nic nie zwiastowało tego, że upadnę. Pierwszy raz potknęłam się w południe. Po południu było gorzej. Leżałam w łóżku, nie czując nic. Przez cały dzień nie byłam w stanie jeść, mimo że na początku byłam głodna. Potem i głód przestałam czuć. Po prostu leżałam. Nie jadłam, nawet nie spałam. Nawet drzemka wydawała mi się wtedy zbędna. Przez kilka godzin po prostu leżałam.
Dziś od rana pada. Lubię deszcz. Lubię jak uderza w szybę. Lubię burzę.
Ale dziś upadłam bardziej, może nawet przez ten deszcz. Jestem w większym dołku. Próba zjedzenia śniadania skończyła się po kilku kęsach. Przed zajęciami musiałam się spakować do domu i posprzątać łazienkę. Popłakałam się, szorując umywalkę. To było takie komiczne. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego po twarzy poleciały mi łzy.
Nie widzę dziś sensu w malowaniu się, w staraniu. W niczym dziś nie widzę celu. Siedząc na zajęciach, mam wrażenie, że tylko moje ciało znajduje się w sali. Umysł i dusza są gdzie indziej. Gdzieś daleko. Czuję się pusto. Jak skorupa. Czasem nawet zaczynam wątpić, czy w ogóle mam w środku organy. Ale przecież muszę mieć. Przecież wciąż jestem człowiekiem.
Dziś upadłam bardziej.
Tak to nazywam. Te dni. Potknięcia i upadki.
Poniedziałek był dobry. Naprawdę dobry. Pamiętam to dziwne podekscytowanie, które przez cały dzień mi towarzyszyło. Serce biło radośnie, a ja słuchałam muzyki i śpiewałam.
Wczoraj rano jeszcze nic nie zwiastowało tego, że upadnę. Pierwszy raz potknęłam się w południe. Po południu było gorzej. Leżałam w łóżku, nie czując nic. Przez cały dzień nie byłam w stanie jeść, mimo że na początku byłam głodna. Potem i głód przestałam czuć. Po prostu leżałam. Nie jadłam, nawet nie spałam. Nawet drzemka wydawała mi się wtedy zbędna. Przez kilka godzin po prostu leżałam.
Dziś od rana pada. Lubię deszcz. Lubię jak uderza w szybę. Lubię burzę.
Ale dziś upadłam bardziej, może nawet przez ten deszcz. Jestem w większym dołku. Próba zjedzenia śniadania skończyła się po kilku kęsach. Przed zajęciami musiałam się spakować do domu i posprzątać łazienkę. Popłakałam się, szorując umywalkę. To było takie komiczne. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego po twarzy poleciały mi łzy.
Nie widzę dziś sensu w malowaniu się, w staraniu. W niczym dziś nie widzę celu. Siedząc na zajęciach, mam wrażenie, że tylko moje ciało znajduje się w sali. Umysł i dusza są gdzie indziej. Gdzieś daleko. Czuję się pusto. Jak skorupa. Czasem nawet zaczynam wątpić, czy w ogóle mam w środku organy. Ale przecież muszę mieć. Przecież wciąż jestem człowiekiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)