czwartek, 20 września 2018

Kto wie, czy za rogiem...

Spotkałam Anioła. W zasadzie to nie tylko jednego. Spotkałam ich więcej. Ale teraz chciałabym opowiedzieć o jednym z nich.

To było mojego pierwszego dnia w Brooklyn Park. Już wieczorem byłam przerażona faktem, że będę musiała jechać rowerem aż do Blaine. Współlokatorka, ta zaradniejsza ode mnie, wzięła mapę i narysowała trasę. Powiedziała mi dokładnie, że trzeba przejechać przez Coon Rapids Park. Zakodowałam to sobie w głowie, ale mimo wszystko poprosiłam ją o to, byśmy pojechały razem. Przecież mamy ten sam cel.

Rano starałam się być gotowa jak najszybciej. Wyszłam z domu osiem minut po przebudzeniu, ubrałam kask (wtedy jeszcze go nosiłam), wsiadłam na rower i pojechałam. Niestety, Mari-Ann jest jak Usain Bolt na rowerze. Udało mi się za nią jechać przez pierwsze trzy minuty. Góra pięć. Potem zniknęła. Jak kochanek po upojnej nocy.

Zostałam sama. Z pytaniem "I co teraz?"

Nigdy nie byłam dobra jeśli chodzi o orientację w terenie. Co dopiero w miejscu, w którym nigdy nie byłam.

Pamiętam, że na skrzyżowaniu skręciłam w lewo i znalazłam się w parku. Widziałam węższą drogę za parkingiem, ale skierowałam się w przeciwną stronę. Spotkałam mężczyznę z psem i spytałam jak dojechać do Mississippi Bridge. Powiedział, że mam zawrócić i prosto.

Tak zrobiłam. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Dojechałam do skrzyżowania i pojechałam prosto. Jechałam uroczym szlakiem pośród drzew. Naprawdę przyjemnie. I tak jechałam, jechałam, jechałam i zaczęłam podejrzewać, że coś jest nie tak. Obok mnie biegali ludzie. Amerykanie są dziwni, już do tego przywykłam.

W końcu było jasne, że się zgubiłam. Dojechałam do wielkiej tablicy informacyjnej z narysowanym całym szlakiem. Brakowało mi jedynie kropeczki z napisem "You are here." Jak w IKEA.

Stałam tak sobie jak biedna sierotka i zaczepiłam pierwszą osobę, która się nawinęła. Był nią wysoki, dobrze zbudowany, szczupły, wysportowany mężczyzna. Miał siwe włosy i opaloną, pokrytą zmarszczkami i świecącą od potu twarz. Pamiętam również jego szarą, przyległą koszulkę. Dałabym mu niecałe pięćdziesiąt lat.

Zaczepiłam go i spytałam, czy do Mississippi Bridge to tędy, wskazując przy tym stronę, z której biegł. Ten podszedł do tablicy i zaczął mi tłumaczyć gdzie powinnam jechać. Czułam się jak w liceum na lekcjach geografii.

Zadzwoniła przyjaciółka - Polka, żeby się dowiedzieć gdzie jestem. Mężczyzna z zainteresowaniem słuchał jak wypowiadam się w swoim ojczystym języku. Mogłam go bezczelnie obgadywać. Zawsze to robię, gdy rozmawiam z kimś po Polsku. W Minnesocie trzeba jednak z tym uważać.

Po tym jak biegacz wytłumaczył mi drogę, ruszył dalej. Wyprzedziłam go więc i pojechałam. Kiedy wróciłam do tego nieszczęsnego skrzyżowania, ponownie spytałam o drogę. Trenująca uciekanie, to jest bieganie, kobieta powiedziała, że most to gdzieś tam prosto. W tym czasie dogonił mnie nowy znajomy. Czułam się zażenowana faktem, że widzi jak ponownie pytam o drogę.

Zatrzymał się i powiedział, że mi pomoże, bo i tak biegnie w tamtą stronę. Zgodziłam się.

Znalazłam się w miejscu, w którym spotkałam mężczyznę z psem i co się okazało? Powinnam jechać tą niepozorną drogą za parkingiem. Bo był to parking należący do punktu widokowego na moście.
"So close!" Czułam się jak głupek. Prawie godzinę kręciłam się po parku, a do Blaine czekała mnie jeszcze długa droga.

Pamiętam ten moment, gdy przejeżdżałam przez most. Niezapomniany widok. Rzeka jest naprawdę piękna.

Potem miałam jechać Egret St. Prosto. Aż do University Ave w Blaine. Daleko, ale raczej ciężko byłoby mi się zgubić. Powiedziałam to mężczyźnie, ten jednak postanowił biec ze mną.

On biegł, ja jechałam. Wolnej, byśmy trzymali równe tempo. Kilka razy dziękowałam mu za pomoc. W końcu postanowiłam się przedstawić. Jego imienia niestety nie zarejestrowałam. Było zbyt dziwne. A jego akcent i fakt, że biegł, nie sprzyjały rozmowie.

Wiedząc, że i tak jestem już spóźniona, nie spieszyłam się. Postanowiłam choć trochę nawiązać kontakt z mężczyzną, bo miałam ogromne wyrzuty sumienia, że on wciąż ze mną biegnie. Mówiłam mu, że nie musi, ale on chciał. Powiedział, że to dobry trening. Spytałam jak daleko zazwyczaj biega. Odparł, że do granicy Brooklyn Park z Coon Rapids. A tego ranka dobiegł ze mną aż do Blaine. Szedł, kiedy prowadziłam rower pod górę i biegł, kiedy z niej zjeżdżałam. Czułam się onieśmielona jego bezinteresowną pomocą.

Czy ja bym się na to zdobyła? Zastanawiałam się nad tym. Czy ja bym pobiegła, gdyby.... A, no tak. Ja nie biegam. W tym miejscu skończyły się moje rozważania.

Mężczyzna biegł ze mną aż do University Ave, gdzie jadłam w tym czasie śniadania. Ucieszył się, że mógł pomóc i że jestem bezpieczna. Ponownie podziękowałam mu za pomoc. Dałam mu swoją wizytówkę z kontem fb, bo to jedyne co miałam. Powiedziałam, że miło byłoby mieć kontakt, a on, że niestety nie ma fb. Już wtedy powinnam się zorientować, że nie jest człowiekiem.

Pożegnaliśmy się i jeszcze przez chwilę patrzyłam jak odbiega. W prażącym słońcu i bez wody, a czekało go kilka dobrych kilometrów.

Opowiedziałam o tym zdarzeniu jednej cudownej babci, która nawiasem mówiąc sama jest Aniołem. Moja American Granny uśmiechnęła się i powiedziała, że spotkałam Anioła. Oznajmiła, że Bóg go zesłał, żeby się mną opiekował, a ona to wymodliła, bo zawsze się o mnie martwi i chce, abym była bezpieczna. Od tamtej pory, zawsze gdy Granny Sue się modliła, wspominała o biegającym Aniele, który pomógł mi dotrzeć do Blaine. Nigdy więcej go nie spotkałam, ale utknął w mej pamięci. Mój małomówny, pomocny, bezinteresowny Anioł.








poniedziałek, 10 września 2018

Przeprowadzki, czyli gdzie mieszkałam w Minnesocie

Zapowiadałam, że przygotuję specjalny post opisujący wszystkie miejsca, w których mieszkałam podczas pobytu w Minnesocie. To będzie ten post.

Wcześniej wspominałam, że pierwszą noc w tym stanie spędziliśmy praktycznie wszyscy razem, w jednym hotelu. Następnego dnia, w niedzielę, razem z moją managerką i nową współlokatorką, pojechałyśmy do polskiego kościoła na mszę. Poznałyśmy księdza Stanisława i bardzo miłe polskie rodziny. Zagadywałyśmy ich o pomoc w znalezieniu HQ. Byli chętni by nas u siebie zatrzymać, ale niestety, wszyscy mieszkali zdecydowanie za daleko.

Potem wreszcie pojechałyśmy do airbnb, w którym razem z koleżanką z organizacji, miałam spędzić pierwsze dwa tygodnie.

Dom jednorodzinny na 36th Street. Dokładnie 3601 Queen Avenue w Minneapolis.

Krótko o Queen Avenue?

Nie muszę mieć znaku czy tabliczki, żeby wiedzieć, że jestem na Queen Avenue. Nie. Wystarczy mi szkło na ulicy i chodnikach. Nigdzie nie ma tyle szkła co na Queen Avenue.

Właścicielką domu jest Angela i jej chłopak, którego imienia nie pamiętałam, co było straszne, bo w końcu spędziłam tam dwa tygodnie. I dopiero w tym drugim tygodniu współlokatorka uświadomiła mi, że ma on na imię Ali.

Angela jest biała, Ali czarny. Ona uczy salsy, on założył kilka firm, często podróżuje, zna dziewięć języków. Oboje byli super fajni, choć z początku Angela zdawała się nieco zamknięta. Niby sympatyczna, ale taka zdystansowana. Ale nawiązałam z nimi connection. Ali uważał, że jestem bardzo zabawna. Wieczorami lubiłam z nim rozmawiać. Zawsze pytał, czy coś sprzedałam. Opowiadał mi o swoim dzieciństwie w Afryce, o przeprowadzce do USA, o życiu w Nowym Jorku i o tym, z jakimi trudnościami musi się spotykać z powodu swojego koloru skóry. Byłam w szoku, że takie rzeczy jeszcze się zdarzają. Ali od początku wydał mi się interesującą osobą, miał szeroki zakres zainteresowań, lubił gotować i podróżować.

Angela i Ali mieli kota, pół syjamskiego. Nazywał się Mikolai.

Praktycznie nie ma ich w domu całymi dniami, więc wynajmują pokoje na dole. Obcym ludziom na parę dni. Czasem na noc.

Jak wygląda życie na Queen Avenue? Oprócz szkła na ulicach, jest tam dużo czarnych. Czy to źle? Na początku w żaden sposób nie byłam uprzedzona. Nie wierzyłam stereotypom i filmom o Afroamerykanach w biednych dzielnicach. Ale rzeczywiście, okolica była zaniedbana, a nocą ulicami włóczyli się młodzi mężczyźni, którzy zawsze z zainteresowaniem przyglądali mi się, kiedy jechałam rowerem. W ciągu tych dwóch tygodni nie spotkałam tam żadnej białej osoby. Spytałam o to Angelę, powiedziała, że na początku była trochę przestraszona, ale nie ma co się bać, bo nikt jej nigdy nie zaczepił, a bijatyki wcale nie zdarzają się tak często. A do strzelanin dochodzi jeszcze rzadziej. Aha.

Śniadania jadałam w Subwayu, w którym pracował bardzo miły staruszek. Zawsze robił nam wypasione kanapki. Chyba nas polubił. Ostrzegał nas, żebyśmy na siebie uważały i nie pracowały na północy. North Minneapolis słynęło z przemocy, czarnych i biedy. A gdzie był mój turf do pracy? Tak, właśnie na samej północy. Czy było niebezpiecznie? O tym innym razem. Na razie zostańmy przy Queen Avenue.

Angela i Ali byli naprawdę sympatyczni. W drugą sobotę urządzili wieczorem grilla. Ali przygotował dla mnie stek, kukurydzę, bardzo ostry ryż afrykański, ziemniaczki na słodko, smaczną sałatkę i jeszcze nachos z dipem. Mówiłam, że lubił gotować.

W niedzielę, razem ze współlokatorką musiałyśmy się spakować i wyprowadzić. Okazało się, że czekało nas również rozdzielenie. Od tamtej pory miałam mieszkać z dwiema Estonkami z naszej organizacji - Elisabeth i Mari-Ann.

Przez tydzień mieszkałam w Coon Rapids. Nie miałam już więcej ani mieszkać, ani pracować w Minneapolis, tylko tak jak wszyscy, przenieść się do jednego z mniejszych miasteczek. Z jednej strony się cieszyłam, bo wiedziałam, że będzie tam łatwiej i bezpieczniej, z drugiej, żałowałam, że nie miałam okazji spróbować swoich sił w tych lepszych dzielnicach Minneapolis, tych, które nie były na północy.

W Coon Rapids mieszkałyśmy u Cindy, sześćdziesięcioletniej kobiety. Nie wiem kto to załatwił, chyba Elisabeth.

Byłyśmy zakwaterowane w "piwnicy" eleganckiego domu w spokojnej i cichej ulicy. Dzieliłam pokój z Mari-Ann, Elisabeth spała w salonie z kominkiem i dużym telewizorem.

Na piętrze znajdowała się duża kuchnia, z której oczywiście mogłyśmy korzystać, salon i wiele pokoi. Naprawdę żałowałam, że mogłyśmy tam zostać tylko tydzień. Naszym celem było znalezienie HQ na stałe, najlepiej w Blaine, w mieście, w którym ja i Mari-Ann miałyśmy wkrótce zacząć pracować.

Jednak zanim ten tydzień dobiegł końca, przeprowadziłyśmy się do Brooklyn Park.

W Brooklyn Park u Brendy, przez jakiś czas mieszkał praktycznie każdy z naszej organizacji.

Brenda i jej mąż byli starszym, sympatycznym małżeństwem. U nich także mieszkałyśmy w piwnicy. Zajmowałyśmy dwa pokoiki, miałyśmy łazienkę i salon z mikrofalówką. I w zasadzie mogłybyśmy tam zostać całe lato, gdyby nie to, że dojazd z Brooklyn Park do Blaine zajmował mi i Mari-Ann bardzo dużo czasu.

Jedną noc spędziłyśmy w Blaine u cudownej babci Sue. Historia naszej znajomości jest tak wyjątkowa, że przeznaczę na nią osobny post.

Następne kilka dni spędziłyśmy w hotelu, gdzieś na północy Blaine. Było skromnie. To tyle co mam do powiedzenia na ten temat.

Wreszcie nadszedł moment, w którym życie na walizkach miało się skończyć - udało mi się znaleźć HQ!

To była sobota. Charlotte i Kyle otworzyli mi drzwi razem, chwilę później pomiędzy ich nogami ustało dwóch małych chłopców. Cała rodzina uśmiechała się i szybko wpuścili mnie do domu. Usiedliśmy w salonie, porozmawialiśmy, pokazałam im książki, a oni je kupili. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie i dodaliśmy do znajomych na fb. Polecili mi, bym poszła do szóstego domu po drugiej stronie ulicy, do takiego niebieskiego, bo tam mieszka Amanda, ich przyjaciółka, bardzo fajna mama.

Tak więc zrobiłam. Zapukałam do drzwi Amandy. Słyszałam szczekanie psa, a kiedy ona otworzyła, pomyślałam sobie "Oho, zaraz mnie spławi." Tak się jednak nie stało, bo Amanda okazała się bardzo cool mamą z dwoma synkami, nieco starszymi niż Blake i Caleb Charlotte.

Amanda nie chciała kupić książek, ale chciała mi pomóc. Powiedziałam jej, że pilnie szukam lokum, a ona zasugerowała Kyle i Charlotte, bo mają trochę miejsca w piwnicy. Kiedy z nimi rozmawiałam, zupełnie zapomniałam, by ich o to spytać.

Był wieczór, a Amanda zaprosiła mnie na kolację, a potem napisała na fb post o tym, że razem z dwiema koleżankami szukam pokoju do wynajęcia. Wtedy właśnie Kyle i Charlotte się do mnie odezwali. Napisali, że bardzo fajnie było mnie poznać, polubili mnie i chętnie za drobną opłatą wynajmą mi piwnicę.

Najszybciej jak się dało, przeprowadziłyśmy się na Quincy Blvd NE w Blaine. Było świetnie. Lokalizacja na moim turfie, wśród ludzi, którym pokazywałam książki i którzy je kupili. Do naszego breakfast place też było blisko. Z Amandą bardzo się zaprzyjaźniłam, w ciągu lata wielokrotnie mi pomagała, ale ona też zasługuje na specjalną notkę, więc na razie skupmy się na mieszkaniu z Charlotte. U jej rodziny spędziłam kilka tygodni. Wreszcie miałam dom, do którego z przyjemnością wracałam po pracy. Wreszcie nie musiałam się przeprowadzać. Wreszcie mogłam się rozpakować. Wreszcie miałam swój kąt.

W piwnicy znajdował się duży salon, dwa pokoje, łazienka z prysznicem i pralnia. Na piętrze miałyśmy dostęp do kuchni, w której trzymałyśmy jedzenie i przygotowywałyśmy posiłki.

Z Mari-Ann i Elisabeth spędziłam wspólnie dziesięć tygodni. Estończycy mieli wizę tylko na dwanaście tygodni, więc musieli wracać wcześniej.

Na ostatnie dwa tygodnie musiałam przeprowadzić się znów do Coon Rapids. Nie wróciłam jednak do Cindy, a zamieszkałam z dwiema Polkami z mojej organizacji. Tracee była klientką Karoliny i zaoferowała jej mieszkanie całkowicie za darmo. U niej też mieszkałyśmy w piwnicy. Mówiłam, że to bardzo popularny typ domów, prawda? Wtedy po raz pierwszy miałam swój własny pokój. Przez dwa tygodnie miałyśmy cały dom tylko dla siebie, ponieważ jego właściciele wyjechali na wakacje. I po prostu pozwolili nam u nich mieszkać. Niewiarygodne, co? Nawet nie miałyśmy żadnych obowiązków. Musiałyśmy jedynie dbać o siebie, nic więcej.






środa, 4 lipca 2018

MINNESOTA NICE

Przed wyjazdem do Minnesoty, stan ten kojarzył mi się z zimnem i deszczem. Myśli te były uzasadnione, w końcu Minnesota leży na północy, przy granicy z Kanadą. Skoro w Waszyngtonie tak jest, to tam musiało być podobnie, prawda? Wszyscy zresztą tak mi mówili. I w połowie mieliśmy rację. W Minnesocie faktycznie jest zimno, ale tylko w zimę.
Kiedy tam przyjechałam, byłam w szczerym szoku, bo zaskoczył mnie upał. Upał większy, niż kiedykolwiek w Polsce. I upał ten panował tam praktycznie całe lato. Na palcach jednej ręki mogę wymienić deszczowe dni. Fakt, było ich niewiele, ale jak już padało, to trzeba przyznać, że konkretnie.
Jaka jest Minnesota? Zielona i bardzo zadbana.
Samo Minneapolis bardzo często porównywane jest do Nowego Jorku. Miasto jest czyste, schludne i nowoczesne, a przechadzki po nim do dziś miło wspominam. Downtown pełne jest wysokich wieżowców i szklanych budynków, lśniących w słońcu.
Pierwsze dwa tygodnie spędziłam na jego przedmieściach, pozostałe dwanaście w mniejszych  miasteczkach.
Na pewno znacie z filmów te piękne, spokojne osiedla - śliczne domki, podjazdy zastawione kilkoma samochodami i uprzejmi sąsiedzi. Ten obrazek wcale nie jest taki przerysowany jak mogłoby się wydawać.
Po Minnesocie beztrosko biegają jelonki, króliki i wiewiórki. Czmychają pomiędzy domami, skrywają się za krzakami w ogrodach, czy bawią się przy ulicy. Jeżdżąc rowerem, czułam się jak księżniczka Disneya. Zwłaszcza kiedy sobie śpiewałam.
Jednak zwierzęciem Minnesoty zdecydowanie jest... komar.
Ostatnio wspominałam, że w USA wszystko jest większe. I kiedy ja byłam w szoku, moi znajomi będący wcześniej w Teksasie, stwierdzili, że tam to dopiero "wszystko jest większe." Nie potrafię sobie tego wyobrazić, bo skoro piekarniki w Minnesocie byłyby w stanie mnie pomieścić, to jakie są te w Teksasie?
Na pewno wiecie, że różne rejony w Stanach są narażone na inne warunki pogodowe. Susze na południu, trzęsienia ziemi na zachodzie, a co jest w Minnesocie? Tornada. Nie macie pojęcia jaka byłam skołowana, kiedy się o tym dowiedziałam. "Jak to tornada? Tornada są w Teksasie!" No cóż. Okazało się, że w Minnesocie też. I to często. Nikt mnie o tym nie uprzedził. Na szczęście nie miałam okazji doświadczyć tego zjawiska, choć niejednokrotnie przy zmianie pogody mnie tym straszono. Mieszkańcy mówili "Uciekaj do domu, zbiera się na tornado." Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się nie bałam, ale jak napisałam wcześniej, na straszeniu się skończyło. Byłam jednak w miejscach, gdzie pozostały widoczne ślady zniszczeń, które tornado po sobie pozostawiło. Sąsiedzi chętnie opowiadali mi liczne historie o swoich przeżyciach. Jeden pan z przejęciem mówił o tym, jak pewnego dnia obudził się rano i spostrzegł, że na ulicy brakuje jednego z domów. Okazało się, że w nocy porwało go tornado.
Mieszkańcy Minnesoty są świadomi zagrożenia, dlatego przezornie budują domy ze schronem w piwnicy. I tutaj należy wspomnieć, że te ich piwnice to są inne piwnice, niż w Polsce, inne nawet niż te z amerykańskich filmów, bo nie mówię tu o takich typowych piwnicach z horrorów albo z wielkimi piecami, jak w Home Alone. Piwnice w Minnesocie są prawie zawsze całkowicie przystosowane do zamieszkania, są po prostu piętrem -1. Byłam w domach, gdzie w piwnicy oprócz pralni znajdowała się kolejna łazienka, salon, sypialnie, gabinet, a nawet kuchnia. Miałam też okazję w nich mieszkać, ale o tym w którymś z następnych postów.
W Minnesocie bardzo często dostaje się alerty informujące o opadach gradu, tornada nie są więc jedynym zagrożeniem.
O Stanach krąży wiele stereotypów, jeden z nich dotyczy wagi. Oglądamy te przeróżne programy o ludziach z nadwagą, śledzimy ich walkę z odchudzaniem i dietami, wiemy jak niezdrowo się odżywiają, więc w naszych głowach tworzy się pewien wizerunek. Ten mój został nieco zachwiany, bo ludzie w Minnesocie wcale nie są tacy otyli. Jej mieszkańcy wstają bardzo wcześnie, prowadzą aktywny tryb życia, dużo ćwiczą, uprawiają sport i naprawdę o siebie dbają. Jasne, są wyjątki, ale uwierzcie mi, że Minnesota to naprawdę fit stan. W przeciwieństwie do Teksasu, w którym podobno wszystko jest większe - nawet ludzie. Minnesota jest bardziej pro active. Może dlatego, że mieszka tam sporo Europejczyków. Nie od dziś wiadomo, że USA to mieszanka kulturowa, byłam na osiedlach, gdzie mieszkali ludzie z Mołdawii, Kosowa, Białorusi, Somalii, Chin, Wietnamu, Indii, czy Hiszpanii. Miałam okazję spróbować ich narodowych dań i posłuchać o ich ojczyznach. Spotkałam też rodziny, które miały polskie korzenie i choć nie umiały słowa po polsku, dumnie wywieszały przed domem polską flagę. Spotkałam jednak dwie rodziny, które wyemigrowały prosto z kraju nad Wisłą i przyznam, że kiedy nagle miałam pokazywać im książki po polsku, to miałam spory problem, żeby się przestawić z angielskiego.
Polskich akcentów też jest całkiem sporo. Słyszałam o polskich sklepach, byłam nawet w polskim, katolickim kościele, na polskiej mszy.
To co bardzo mnie dziwiło i martwiło, to duży odsetek dzieci z autyzmem. Na jednym osiedlu potrafiłam spotkać po kilka takich rodzin. Stopień zaawansowania był różny, po niektórych dzieciach w ogóle nie dało się stwierdzić, że zmagają się z autyzmem, za to inne wymagały całodobowej opieki. Zaczęłam się zastanawiać, co jest tego przyczyną. Czy to coś w wodzie, w powietrzu, w chemicznym jedzeniu? Czy coś jest nie tak z Minnesotą? Może to przez jakieś tajemnicze promieniowanie? Potem dowiedziałam się, że w Minnesocie znajduje się najlepszy w całych Stanach ośrodek dla dzieci z autyzmem, w którym dodatkowo przeprowadzane są jakieś badania i rodziny z całego kraju przeprowadzają się do Minnesoty, żeby być bliżej. Nie znam szczegółów, opowiedziała mi o tym jedna mama, która pracowała z dziećmi chorującymi na autyzm.
Minnesota jest bardzo zaangażowana w sport i intensywnie kibicuje Vikingom. Minnesota Vikings to zawodowy zespół futbolu z siedzibą w Minneapolis. Ich barwy to fiolet, który dumnie powiewa na chorągwiach przed wieloma domami.
Mottem stanu jest "Minnesota nice." Jak to się przekłada na rzeczywistość? Powiem Wam, że nigdy wcześniej nie spotkałam tylu miłych i uprzejmych ludzi jak tam. "Hi, how are you?" wypowiadane jest na każdym kroku, ludzie machają do siebie, uśmiechają i zgadują. Są też niezwykle pomocni. Wszyscy zawsze chętnie oferowali mi podwózkę, wodę, skorzystanie z toalety, czy nawet jakiś przysmak. Spotkałam tam niezwykle ciepłe i kochane osoby, z którymi do dziś mam kontakt i bardzo za nimi tęsknię.



































poniedziałek, 4 czerwca 2018

W drodze do USA! Sales School w Nashville i pierwsze dni

Moja podróż zaczęła się w Warszawie i muszę przyznać, że do czasu lądowania w Paryżu, było dość nudno. Leciała za mną koleżanka, będąca ze mną w organizacji, ale nawet nie siedziałyśmy razem, więc nie miałam z kim rozmawiać. Ale było jedzenie.

W Paryżu spotkaliśmy część organizacji z innego miasta. Manager i trójka FY. Okazało się, że lecieliśmy razem. Ucieszyłam się, że resztę podróży spędzimy w swoim towarzystwie. Nowi koledzy byli bardzo mili i zabawni. Wolny czas spędzony na lotnisku poświęciliśmy między innymi na ćwiczenia pod okiem doświadczonego managera.

Lot do Detroit trwał kilka godzin. Samolot był duży i wypełniony trzema rzędami siedzeń. Przemiła obsługa rozdawała koce, poduszki i dużo jedzenia. Pamiętam, że oglądałam jakiś film. Chyba o pandach.

Detroit było pierwszym amerykańskim miastem, w którym postawiłam stopę. No, może nie miastem, a lotniskiem. Nie wyszłam poza jego obręb, więc nie jestem w stanie zaprzeczyć lub potwierdzić plotek krążących o tym miejscu. Tata wciąż nie może mi tego wybaczyć. Mówi się, że Detroit to jedno z najbardziej niebezpiecznych miast w Stanach. Ja mogę jedynie powiedzieć, że kontrola osobista była najbardziej dokładna i szczegółowa, a wszyscy pracownicy lotniska bardzo mili i uprzejmi.

Musieliśmy odebrać swoje bagaże i osobiście nadać je do Nashville. Przez chwilę byłam więc obładowana z każdej strony. Albo coś mi upadało albo ja upadałam. Załamywałam się nad swoją niezdarnością życiową i katastrofizmem, który ze sobą niosłam. Chłopcy oczywiście mnie pocieszali i pomagali.

W Nashville byliśmy późnym wieczorem. Po wyjściu z lotniska powitał mnie upał, podobny do tego panującego w Turcji. Do hotelu podjechaliśmy taksówką i wtedy zorientowałam się, że zgubiłam pierścionek. Znalazłam go następnego dnia, wrócił jak bumerang.

Co mnie zaskoczyło w amerykańskich hotelach? W większości z nich, umywalka nie jest w łazience, a w pokoju. W łazience znajduje się oczywiście sedes, prysznic/wanna, ale umywalka znajduje się w pokoju, blisko wejścia. Na wyposażeniu standardowo są ręczniczki, szczoteczki do zębów i małe mydełka. Same prysznice też są ciekawe. W ciągu miesięcy życia w Stanach, widziałam ich wiele i naprawdę, wszystkie były takie same - przytwierdzone do ściany. W Polsce słuchawka jest ruchoma, co według mnie jest sporym ułatwieniem, gdy chce się na przykład umyć tylko głowę. Tam słuchawki były przytwierdzone i po odkręceniu wody... no cóż. Strumień miał tylko jeden kierunek.
W pokojach przeznaczonych dla dwóch osób, spaliśmy po cztery. Łóżka king size są naprawdę ogromne. Wysokie i szerokie.

W Nashville spędziliśmy kilka dni, które poświęciliśmy nauce i treningom. Dosłownie każda minuta naszego czasu była zaplanowana. Bardzo pilnowaliśmy, by być w schedule. To było niezwykłe doświadczenie. Sales School do dziś jest w mojej pamięci.

Lista rzeczy, które tam zgubiłam codziennie się wydłużała.

W końcu dowiedziałam się też, do jakiego miasta zostałam wysłana. MINNEAPOLIS! Byłam naprawdę podekscytowana, że będę mieszkać i pracować w tak wielkim mieście! Chociaż z tym mieszkaniem to nie do końca było pewne, bo managerom nie udało się znaleźć HQ dla wszystkich. Więc przez pierwsze dwa tygodnie wraz z koleżanką mieszkałam w Airbnb u bardzo sympatycznej pary, ale o moich warunkach mieszkaniowych w Stanach napiszę w jednej z kolejnych notek.

Wracając jeszcze do znajdującego się w Tennessee, Nashville, które jak wiadomo, jest stolicą country, to warto wspomnieć, że miasto to jest absolutnie przepiękne! Gorące i górzyste, ale wciąż zielone! Budynki i drogi są bardzo nowoczesne i zadbane.

O wschodzie słońca wyruszyliśmy. Nasza organizacja liczyła wtedy piętnaście osób. Czterema autami jechaliśmy do Minnesoty! Mieliśmy kilka przystanków na posiłki. W typowych lokalach, jakie wcześniej widywałam jedynie w filmach. Typowe breakfast place - boksy ze skórzanymi siedzeniami i menu za $2, a w nim naleśniki, jajecznica z bekonem, gofry. I tam naprawdę przychodzą wszyscy i to o różnych porach. Rodziny z dziećmi, staruszkowie, samotnicy. Kelnerki też są typowe. Na pewno każdy kojarzy postać kelnerki z jakiegoś filmu lub sitcomu. Spotkałam takie żywcem wyjęte z ekranu. Przy sobie, po pięćdziesiątce, z wielką dziwną fryzurą, która nie podlega prawom grawitacji, z wyrazistym makijażem oczu i uniformem z fartuszkiem. Jedna była taka kochana. Od razu rozpoznała, że jesteśmy z Europy. Tarmosiła Igę za policzek i pytała, czy dzwoniliśmy do rodziców. Kazała nam obiecać, że zadzwonimy do rodziców, bo na pewno się o nas martwią.

W Stanach wszystko jest większe. Nie tylko łóżka, ale wszystkie inne meble i sprzęty. Auta też. Kiedy widzisz trucki, wiesz, że jesteś w USA. Bardzo dużo ludzi ma trucki. Są bardzo typowe.
Jadąc, obserwowałam domy. Tak różne. "Jak z filmów." Piękne, duże, małe, brzydkie...
Ale o domach też bardziej rozpiszę się przy innej okazji.

Do Minnesoty jechaliśmy cały dzień i pierwszą noc spędziliśmy w Saint Paul w dość upiornym hotelu, a następnego dnia, w niedzielę, rozjechaliśmy się do swoich miast...

Każdy w organizacji dostał funkcję, którą miał pełnić całe lato. Ja, jako pisarka amatorka, dostałam zadanie założenia i prowadzenia bloga. Miałam w każdą niedzielę opisywać jak minął nam tydzień i jak spędziliśmy nasz jedyny wolny dzień. Link otrzymali wszyscy rodzice i bliscy. Posty są w trzech językach: polskim, angielskim i estońskim. Jest także sporo zdjęć. Można tam poczytać trochę więcej na temat sales school, a także o rozrywkach, jakich doświadczaliśmy.

http://overachieversinminnesota.blogspot.com/2016/06/sales-school-sales-school.html